„Nie mogę już przyjeżdżać do mamy codziennie” – powiedziałam to na głos i od tamtej chwili w domu wszystko się posypało
„To ty mieszkasz najbliżej, więc to chyba oczywiste” – usłyszałam od brata przez telefon, kiedy powiedziałam, że nie dam rady już codziennie jeździć do mamy. Powiedziałam wtedy coś, czego sama się po sobie nie spodziewałam: „To sobie weź ją do siebie albo sam rzucaj wszystko co wieczór”. Chwila ciszy, a potem tylko: „Naprawdę nie poznaję cię”.
Do mamy jeździłam od prawie roku. Mieszka sama w bloku z wielkiej płyty, na trzecim piętrze, bez windy. Po upadku na schodach zaczęła się bać wychodzić, potem doszła cukrzyca, skoki ciśnienia i to całe kręcenie się po przychodniach, receptach, badaniach. Najpierw pomagałam „na chwilę”. Zakupy w Biedronce, apteka, zawiezienie do POZ, ogarnięcie rachunków, czasem obiad. Potem z tej chwili zrobił się drugi etat.
Pracuję normalnie, osiem godzin, hybrydowo, ale jak mam dzień z biura, to wracam po 17, jadę przez pół miasta do mamy, siedzę do 20, wracam do siebie i jeszcze próbuję ogarnąć własne życie. Mój mąż na początku mówił: „Pomagaj, ile trzeba, to przecież mama”. A potem coraz częściej: „Ciebie w domu prawie nie ma”. Nie kłamał.
Najgorsze było to, że mama wcale nie jest osobą leżącą. Ona chodzi, zrobi sobie herbatę, obejrzy serial, zejdzie nawet do śmietnika, jak musi. Ale przy mnie nagle wszystko było niemożliwe. „Zobaczysz mi ten telefon?” „Zadzwoń do spółdzielni.” „Przyjdź, bo nie mogę spać.” „Przyjdź, bo coś mnie kłuje.” Jak nie odbierałam, potrafiła zadzwonić pięć razy pod rząd. A potem do brata, że chyba coś mi się stało.
I teraz uczciwie: ja też nie byłam święta. Przez długi czas nie mówiłam wprost, że już nie daję rady. Zaciskałam zęby, przyjeżdżałam, a potem byłam opryskliwa. Potrafiłam wejść i od progu powiedzieć: „Znowu co? Przecież to można było zrobić jutro”. Mama się wtedy zamykała albo płakała. Brat słyszał od niej tylko, że jestem nerwowa i że boi się mnie o cokolwiek prosić. Nie słyszał, ile razy rzucałam wszystko, bo „pilot nie działał”, a na miejscu okazywało się, że trzeba było zmienić baterie.
Punktem zapalnym był marzec. Mama zadzwoniła do mnie do pracy, że źle się czuje. Nie odebrałam od razu, bo byłam na spotkaniu. Po dwudziestu minutach miałam osiem nieodebranych połączeń i wiadomość od sąsiadki, że mama siedzi na klatce schodowej i płacze, bo myśli, że ma zawał. Wyszłam z pracy, pojechałam tam spanikowana, prawie rycząc po drodze. Na miejscu było pogotowie. Ratownicy zbadali ją, EKG wyszło dobrze, ciśnienie podwyższone, ale bez dramatu. Jeden z nich zapytał mnie na boku: „Czy mama leczy się też na lęki?”. Zamurowało mnie.
W domu mama przyznała cicho, że od kilku miesięcy bierze tabletki uspokajające, które przepisał jej lekarz rodzinny, ale „nie chciała mnie martwić”. I wtedy wyszło więcej. Ona nie dzwoniła tylko dlatego, że potrzebowała pomocy. Ona dzwoniła, bo bała się być sama. Wieczorami nakręcała się, że umrze w nocy i nikt jej nie znajdzie. Ja z kolei zamiast to zobaczyć, coraz bardziej traktowałam ją jak osobę roszczeniową.
Tylko że to nie zmieniło faktu, że byłam na granicy. Powiedziałam bratu, że trzeba to jakoś podzielić. Że niech bierze weekendy albo załatwimy opiekę choć dwa razy w tygodniu przez MOPS, może jakieś usługi opiekuńcze. On od razu: „Mama nie jest żadnym przypadkiem do opieki społecznej”. Potem dorzucił, że on ma dzieci, kredyt i 40 kilometrów dojazdu, więc nie może „ot tak wpadać”. Jakby moje życie było z gumy.
Wkurzyłam się i powiedziałam coś, co do dziś we mnie siedzi: „To może łatwiej ci udawać, że problemu nie ma, bo robisz przelew na leki raz w miesiącu i masz czyste sumienie”. On się rozłączył.
Przez tydzień się nie odzywaliśmy. Mama płakała do telefonu, że rozbijam rodzinę. Mąż powiedział wprost: „Albo coś zmieniasz, albo za chwilę sama będziesz potrzebowała lekarza”. I miał rację, bo zaczęłam mieć kołatania serca, bezsenność, byłam ciągle napięta. A jednocześnie jak próbowałam nie jechać do mamy, to miałam takie poczucie winy, jakbym ją porzucała.
W końcu usiedliśmy we trójkę u mamy. Bez awantur się nie obyło. Mama powiedziała, że nie chce obcych w domu, bo „jeszcze ją okradną”, że do domu seniora nie pójdzie nigdy i że nie chce być ciężarem, ale zaraz potem, że sama sobie nie poradzi. Brat powiedział, że czuje się stawiany pod ścianą i że jak przyjeżdża, to słyszy tylko pretensje. Ja się popłakałam i pierwszy raz powiedziałam normalnie, nie ze złości: „Ja już nie mam siły. Pomagam, ale nie mogę być twoim codziennym zabezpieczeniem emocjonalnym”. Mama wtedy spojrzała na mnie jak na obcą osobę.
Ostatecznie ustaliliśmy coś pośrodku. Brat bierze dwa popołudnia w tygodniu i ogarnia wizyty u specjalistów, bo ma samochód. Ja robię zakupy i rachunki, ale nie przyjeżdżam codziennie. Założyliśmy mamie opaskę SOS i wideodomofon, żeby czuła się bezpieczniej. Sąsiadka z piętra niżej zgodziła się czasem zajrzeć, a ja pomogłam mamie zapisać się do psychiatry na NFZ, choć obraziła się o to śmiertelnie. Tylko że od tamtej rozmowy nic już nie jest lekkie. Mama jest chłodniejsza, brat niby pomaga, ale mam wrażenie, że robi to z obowiązku i mi to pamięta. Ja z kolei, jak tylko dzwoni telefon wieczorem, od razu spinam całe ciało.
I cały czas się zastanawiam, czy naprawdę postawiłam zdrową granicę, czy po prostu uciekłam kawałek od czyjegoś lęku, bo już mnie przerastał. Ciekawa jestem, jak wy byście to ocenili, bo może ktoś był w podobnej sytuacji i znalazł mądrzejszy sposób.