„Nie jestem paczką do odsyłania” — kiedy po latach wróciła jego biologiczna matka, wszystko, co budowaliśmy z synem, znów stanęło pod znakiem zapytania
„Ja do niej nie pojadę. Niech sobie pisze pisma, gdzie chce” — powiedział mój syn i pierwszy raz od dawna trzasnął drzwiami tak, że aż spadł magnes z lodówki. Mąż spojrzał na mnie i od razu wiedziałam, że wróciło to, czego baliśmy się od lat.
Nasz syn trafił do nas, kiedy miał 9 lat. Wcześniej był w domu dziecka i w kilku rodzinach zastępczych. Tyle wiedzieliśmy na początku z papierów z PCPR-u i z rozmów z psychologiem. W praktyce wyglądało to tak, że dziecko jadło w pośpiechu, chowało jedzenie do plecaka, spało w ubraniu i na każde „zaraz wrócę” reagowało pytaniem: „Na pewno?”. Najgorsze było to, że on z góry zakładał, że też go oddamy.
Na początku testował nas strasznie. Kradł drobiazgi, kłamał o byle co, potrafił patrzeć prosto w oczy i mówić, że nic nie zrobił, choć farba z jego ręki była na ścianie. Raz powiedział mi w złości: „I tak mnie odeślecie, wszyscy odsyłają”. Zabolało, ale prawda jest też taka, że ja nie byłam święta. Miałam wyobrażenie, że jak damy mu spokój, pokój i normalny dom, to wdzięczność przyjdzie sama. Nie przyszła. Przyszły awantury, milczenie, wezwania do szkoły i moje łzy w łazience, żeby nie widział.
Były momenty, że z mężem kłóciliśmy się przez niego, a tak naprawdę przez własną bezradność. Ja byłam bardziej miękka, mąż bardziej zasadniczy. „Nie możemy chodzić wokół niego na palcach” — mówił. A ja odpowiadałam: „On całe życie żył jak na walizkach”. Oboje mieliśmy trochę racji i oboje trochę przesadzaliśmy.
Pomogła dopiero regularna terapia i to, że przestaliśmy oczekiwać szybkiego efektu. Pani psycholog z poradni powiedziała nam kiedyś: „On nie sprawdza, czy go kochacie. On sprawdza, czy go nie oddacie, kiedy będzie trudno”. To nam dużo ustawiło.
Z czasem było lepiej. Pierwszy raz sam mnie przytulił po chyba roku. Potem pierwszy raz powiedział do mojego męża „tato”, niby od niechcenia, kiedy wołał go do garażu. Udawaliśmy, że to normalne, ale wieczorem płakaliśmy oboje. Po dwóch latach ruszyliśmy z adopcją. Nie było łatwo, papierologia, opinie, rozprawy w sądzie rodzinnym, milion pytań, ale chcieliśmy, żeby w końcu miał jedno miejsce na stałe, a nie „na razie”. Kiedy zapadła decyzja, powiedział tylko: „Czyli już mnie nikt nie może odesłać?”.
Minęły lata. Dziś jest dorosły, studiuje psychologię w Warszawie. Mówi, że chce pracować z dzieciakami z pieczy zastępczej, bo wie, jak to wygląda od środka. I właśnie kiedy nam się wydawało, że najgorsze za nami, przyszło pismo i telefon.
Biologiczna matka odnalazła go przez ośrodek i poprosiła o możliwość kontaktu. Napisała, że była wtedy uzależniona, że nie dawała rady, że leczy się, że chciałaby przeprosić. Nie żądała niczego formalnie, nie robiła scen. Po prostu chciała się spotkać.
Ja, i tu pewnie część osób mnie skrytykuje, spanikowałam. Powiedziałam do męża: „Po co teraz wraca? Jak już wszystko poukładane?”. On odpowiedział: „Bo może też nosi to całe życie”. I znowu — oboje mieliśmy trochę racji.
Nasz syn najpierw udawał, że go to nie rusza. Potem zrobił się nerwowy, odwołał zajęcia, przestał odbierać telefony. W końcu usiedliśmy w kuchni i powiedział: „Ja nie wiem, czy chcę ją znać. Najgorsze, że jak odmówię, to będę miał wyrzuty sumienia, a jak się zgodzę, to będę czekał, aż znowu zniknie”.
To było najmocniejsze zdanie z całej tej historii.
Spotkał się z nią raz, na swoich zasadach, w obecności swojej terapeutki, a nie u nas w domu i nie sam. Wrócił blady i tylko powiedział: „Ona przepraszała, ale ja nie umiem zrobić z niej mamy”. I chyba właśnie wtedy do mnie dotarło, że ja też popełniałam błąd, bo w głowie zrobiłam z tego jakiś wybór: albo ona, albo my. A dla niego to wcale nie było o wyborze rodziców, tylko o uporządkowaniu tego, co go całe życie bolało.
Potem jeszcze parę razy wymienili wiadomości. Bez wielkiej bliskości, bez rodzinnych obiadów. On jasno powiedział, że jego rodzicami jesteśmy my i że nie chce nagle budować czegoś na siłę. Napisał jej też, że jej wybaczenie nie oznacza cofnięcia czasu. Ona to przyjęła, choć było jej ciężko.
Dziś mają sporadyczny kontakt. Taki ostrożny, bez obietnic. A on mieszka po swojemu, studiuje, pracuje dorywczo i dalej przyjeżdża do nas na rosół w niedzielę. Ostatnio, jak zmywaliśmy po obiedzie, powiedział: „Dobrze, że wtedy mnie nie oddaliście, nawet jak dawałem wam popalić”. Tyle mi wystarczyło.
Ja już nie patrzę na tę kobietę jak na intruza, ale też nie umiem udawać, że nic się nie stało. Chyba w takich sprawach nie ma prostych ról i prostych ocen. Ciekawa jestem, jak wy byście to poukładali na naszym miejscu i czy taki kontakt po latach bardziej pomaga, czy jednak rozdrapuje stare rany.