„Albo przestaniecie wciągać moją córkę w waszą wojnę, albo żadna z was jej nie zobaczy” – dopiero wtedy moja mama i teściowa zrozumiały, co robią

„Mamo, jak pojadę do jednej babci, to druga znowu się obrazi?” – to pytanie usłyszałam od córki w samochodzie, pod Biedronką, kiedy wracałyśmy z angielskiego. Zamurowało mnie. Mała siedziała z tyłu, bawiła się paskiem od plecaka i powiedziała to takim cichym głosem, jakby naprawdę bała się odpowiedzi.

I wtedy pękłam, bo długo sobie wmawiałam, że przesadzam, że „starsi tak mają”, że to tylko docinki. Tylko że to już dawno przestały być docinki.

Moja mama i teściowa od kilku lat się nie znoszą. Niby oficjalnie wszystko jest „w porządku”, na chrztach, komunii czy urodzinach potrafią usiąść przy jednym stole, ale pod spodem od dawna była rywalizacja. Która kupi lepszy prezent. Która częściej odbierze wnuczkę z przedszkola. Która zrobi lepszy rosół, naleśniki, uszyje strój na występ. Głupie rzeczy, ale z czasem zrobiło się z tego coś chorego.

Najpierw było niewinnie. Jedna mówiła: „U mnie zawsze zjada obiad do końca, a u tamtej to pewnie tylko słodycze”. Druga rzucała: „No tak, jak ktoś nie ma pomysłu na kontakt z dzieckiem, to kupuje kolejną zabawkę z Pepco”. Śmiałam się z tego, czasem przewracałam oczami. I to był mój błąd. Powinnam była uciąć to od razu.

Potem zaczęły mówić to już nie do mnie, tylko przy małej. Mama: „Pamiętaj, babci nie musisz wszystkiego opowiadać, bo potem będzie gadanie”. Teściowa: „Jak coś ci obiecałam, to dotrzymam, nie jak niektórzy”. Takie teksty, niby mimochodem. Córka zaczęła wracać spięta. Raz powiedziała, że nie chce jechać do jednej babci w bluzce kupionej przez drugą, bo „będzie głupio”. Dziecko miało siedem lat i już się uczyło dyplomacji.

Mąż długo to bagatelizował. Mówił: „Przesadzasz, one sobie tylko dogryzają”. A ja też nie byłam fair, bo zamiast postawić granice, próbowałam wszystkich zadowolić. Jak moja mama dzwoniła, że dawno nie było wnuczki, to kombinowałam grafik. Jak teściowa miała pretensje, że tamta widziała małą dwa razy w tygodniu, to od razu nadrabiałam. Zrobiłam z dziecka kalendarz wyrównywania krzywd.

Najgorsze wydarzyło się miesiąc temu. Córka wróciła od mojej mamy i zamknęła się w pokoju. Wieczorem przyszła i pyta: „Czy jak powiem babci, że lubię być u drugiej babci, to zrobię ci przykrość?” Zaczęłam dopytywać i wyszło, że moja mama powiedziała jej mniej więcej tak: „Nie każdemu można ufać, nawet w rodzinie, są tacy, co chcą przeciągnąć dziecko na swoją stronę”. Tydzień później u teściowej usłyszała: „Prawdziwa babcia nie nastawia dziecka przeciwko innym”. Obie oczywiście twierdziły, że nic takiego nie mówiły albo że „dziecko źle zrozumiało”.

Tyle że dziecko nie wymyśliło sobie samo, że musi wybierać.

Zrobiłam najpierw błąd numer dwa, czyli próbowałam rozmawiać z każdą osobno i bardzo delikatnie. Moja mama od razu się rozpłakała. „To teraz ja jestem najgorsza? Po tym wszystkim, co dla was robiłam? Kto siedział z małą, jak miała zapalenie oskrzeli? Kto ci gotował po porodzie?” Teściowa z kolei oburzenie. „Czyli twoja mama nagada, a ja mam siedzieć cicho? Ja się tylko bronię”. Każda miała listę zasług i listę win tej drugiej.

W końcu zaprosiłam obie do nas, specjalnie bez córki. Mąż też usiadł, bo uznałam, że to już nie może być „moja sprawa”. Atmosfera była taka, że można było nożem kroić. Nawet nikt herbaty nie dopił.

Powiedziałam wprost: „Ja już nie będę słuchać, która z was jest lepszą babcią. Najważniejsze jest to, że nasza córka zaczęła się bać okazywać wam uczucia, żeby nie zranić drugiej. I jeśli jeszcze raz którakolwiek z was będzie mówić przy niej źle o tej drugiej albo wciągać ją w wasze urazy, to ograniczamy kontakt z obiema. Z obiema, nie z jedną”.

Mama od razu: „Czyli stawiasz mnie na równi z nią?”

Teściowa: „Wygodnie, po prostu ukarzecie obie i będzie spokój”.

Mąż wtedy pierwszy raz się odezwał ostrzej: „Tak, będzie spokój, jeśli inaczej się nie da. Bo to nie jest konkurs”.

Była cisza. Potem moja mama powiedziała: „Ja nie chciałam zrobić małej krzywdy”. Teściowa odbiła: „Ja też nie. Ale nie będę udawać, że tamta jest święta”.

A ja na to: „I właśnie to jest problem. Was bardziej obchodzi, kto ma rację, niż to, że dziecko wraca zestresowane”.

Nie było wielkiego przełomu od razu. Obie były obrażone. Przez kilka dni miałam telefony, że przesadziłam, że „teraz młodzi wszystko nazywają toksycznym”, że za naszych czasów nikt się tak nie cackał. Ale chyba coś do nich dotarło, bo po tygodniu najpierw teściowa napisała, że przeprasza za swoje teksty przy małej. Potem moja mama, bardzo sztywno, ale też. Ustaliłyśmy proste zasady: żadnych komentarzy o drugiej babci przy dziecku, żadnego wypytywania „co tamta mówiła”, żadnego przeciągania prezentami i obietnicami. Jak coś mają do siebie, to nie przez wnuczkę.

Na razie jest lepiej, chociaż zaufanie odbudowuje się powoli. Córka ostatnio sama powiedziała: „Fajnie, że już nie muszę nic ukrywać”. I aż mnie ścisnęło, bo wcześniej nawet nie widziałam, jak bardzo ją tym wszystkim obciążyliśmy. Bo tak, ja też. Za długo udawałam, że samo się rozejdzie.

Dalej mam w sobie złość, ale też poczucie winy, że nie zareagowałam wcześniej. Jak wy byście to rozwiązali na moim miejscu? Da się jeszcze normalnie ułożyć takie relacje z babciami, czy trzymać twarde granice bez wyjątków?