Kiedy córka przyprowadziła go do mojego mieszkania, pierwszy raz zobaczyłam, jak bardzo utknęłam w cudzych oczekiwaniach
– Mamo, proszę cię, nie rób sceny przy Pawle, dobra?
To usłyszałam jeszcze na domofonie, zanim zdążyłam poprawić włosy i odsunąć firankę. Stałam w przedpokoju w kapciach, z rękami mokrymi od zmywania kubków, i poczułam, jak coś mnie ściska w środku. Nie „dzień dobry”, nie „jak się czujesz”. Od razu to. Jakbym ja całe życie tylko czekała, żeby komuś zrobić wstyd.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ich razem. Moja córka, Alicja, uśmiechnięta, w za dużej marynarce, i on – Paweł – z torbą z piekarni i jakimś bukietem z Żabki, trochę krzywo owiniętym. Miły chłopak, od razu było widać. I chyba właśnie to zabolało mnie jeszcze bardziej.
Bo oni wyglądali swobodnie. Lekko. Jak ludzie, którzy nie noszą na plecach całego życia.
Zaprosiłam ich do środka. Na klatce, rzecz jasna, drzwi od naprzeciwka uchyliły się na dwa centymetry. Pani Danuta. Ta sama, co po moim rozwodzie mówiła niby troskliwie: „Pani Ewo, teraz to trzeba uważać, bo ludzie różne rzeczy mówią”. Jakby mnie ostrzegała przed deszczem, a nie dobijała.
Usiedliśmy w kuchni. Tej samej, którą z Januszem remontowaliśmy na raty przez trzy lata. Najpierw płytki, potem meble, potem zlew, bo zawsze coś było ważniejsze. Szkoła Alicji, czynsz, kredyt, dentysta. I nagle złapałam się na tym, że znowu patrzę na to mieszkanie jak na muzeum mojego małżeństwa. Na stół, który wybieraliśmy razem. Na zegar, który on powiesił krzywo i już tak został.
– Fajnie tu u pani – powiedział Paweł cicho.
Prawie się roześmiałam. Fajnie. W M-3 na czwartym piętrze, bez windy, z sąsiadką, która liczy, kto do kogo przychodzi.
Zrobiłam obiad. Schabowe, ziemniaki, mizeria. Jak zawsze, gdy się denerwuję. Alicja pomogła mi tylko przez chwilę, potem usiedli w pokoju i słyszałam ich śmiech. Taki normalny, młody. A mnie zaczęło nosić.
Przy stole wyszło szybko.
– To wy razem mieszkacie? – zapytałam, niby od niechcenia.
Alicja spojrzała na mnie od razu. Wiedziała.
– Tak.
– Od kiedy?
– Od ośmiu miesięcy.
Widelec stuknął mi o talerz.
– Ośmiu? I dopiero teraz mi mówisz?
– Mamo, bo wiedziałam, jaka będzie reakcja.
– Jaka? Normalna. Taka, jakiej matka ma prawo oczekiwać od własnej córki.
Paweł odłożył sztućce. Alicja zacisnęła usta.
– Czyli jaka? Że najpierw ślub, potem wspólne życie? Serio? Widzisz, jak to się sprawdziło u ciebie.
To było jak policzek. Cichy, ale idealnie wymierzony.
– Uważaj, co mówisz – syknęłam.
– A ty uważaj, jak mnie oceniasz.
Zapadła taka cisza, że było słychać telewizor u sąsiadów za ścianą. Jakiś teleturniej, śmiechy z puszki. A u mnie przy stole nikt się nie śmiał.
Prawda jest taka, że zabolało nie tylko to, co powiedziała. Zabolało, bo miała trochę racji. Po rozwodzie z Januszem nie umiałam już żyć inaczej niż „porządnie”. Do pracy, z pracy, zakupy w Biedronce, serial, telefon do siostry, czasem przychodnia, bo ciśnienie. W niedzielę rosół. I tak w kółko. Jakbym, trzymając fason, mogła skleić to, co się rozpadło.
A przecież to nie było żadne idealne małżeństwo. Janusz od lat wracał późno, wszystko go drażniło, a ja milczałam. Potem wyszło, że ma inną. Nie jakąś wielką miłość, tylko romans z kobietą z pracy. Najgorsze, że ja coś przeczuwałam wcześniej. Tylko udawałam przed sobą, że jak nie zapytam, to nie istnieje. Bo kredyt. Bo ludzie. Bo Alicja miała maturę. Bo „jakoś to będzie”.
I teraz siedziałam naprzeciwko własnej córki i robiłam jej dokładnie to samo, co kiedyś zrobiłam sobie. Kazałam udawać, dopasować się, nie wychylać.
Po obiedzie Paweł wyszedł po ciasto do cukierni, a Alicja została ze mną sama.
– Wstydzisz się mnie? – zapytała nagle.
– Nie.
– To czego się boisz?
Chciałam odpowiedzieć od razu, ale nie mogłam. Stałam przy zlewie i wycierałam ten sam talerz chyba z pięć minut.
– Tego, że ludzie będą gadać – powiedziałam w końcu. – Że sobie pomyślą, że cię źle wychowałam.
Alicja oparła się o blat i patrzyła na mnie tak, jak dawno nie patrzyła. Nie jak córka na matkę. Jak dorosła kobieta na drugą dorosłą kobietę.
– Mamo, oni już i tak gadają. Gdy tata odszedł, gadali. Jak zostałaś sama, gadali. Jak nie chodzisz do kościoła co niedziela, też gadają. I co z tego masz? Jesteś przez to szczęśliwsza?
Nie byłam.
To było chyba najgorsze. Całe lata pilnowałam, żeby nikt nie miał do mnie „ale”, a i tak zawsze ktoś miał. Za cichy rozwód. Za zbyt spokojny rozwód. Za to, że Janusz już z kimś jest, a ja siedzę sama. Za to, że nie farbuję włosów. Za to, że za bardzo się stroję, jak akurat raz się wystroję.
Wieczorem, kiedy Alicja z Pawłem wychodzili, pani Danuta znowu otworzyła drzwi. Tym razem szerzej.
– O, goście byli? – rzuciła z tym swoim uśmieszkiem.
I wtedy pierwszy raz nie spuściłam wzroku.
– Tak, moja córka z partnerem. Przyszli na obiad. Miłego wieczoru.
Powiedziałam to spokojnie, ale aż mi ręce drżały. Pani Danuta mrugnęła, zmieszała się, coś tam burknęła i zniknęła.
Niby nic. Jedno zdanie na klatce. A ja po zamknięciu drzwi oparłam się o nie plecami i się rozpłakałam. Chyba bardziej z ulgi niż ze smutku.
Od tamtego dnia zaczęłam małe rzeczy. Zapisałam się na basen, chociaż zawsze mówiłam, że jestem za stara. Ściągnęłam obrączkę z łańcuszka, na którym nosiłam ją po rozwodzie. Oddałam za darmo pół meblościanki z dużego pokoju, tej „porządnej”, po której tylko kurz zbierałam. Nawet zaczęłam przeglądać oferty wyjazdów, może sanatorium, może jakiś weekend nad morzem, nieważne. Sama.
Alicja dzwoni częściej. Z Pawłem też już rozmawiam normalnie. Nadal nie wszystko rozumiem. Nadal czasem mnie ściska w środku, jak słyszę, że „na razie ślubu nie planują”. Ale już wiem, że to nie moje życie.
Najtrudniej było przyznać, że to nie sąsiadki ani rodzina trzymały mnie w miejscu. Tylko ja sama, ze swoim strachem i uporem.
Powiedzcie mi, serio – ile można żyć pod cudze spojrzenia, zanim człowiek całkiem zapomni, czego sam chce?
I czy jeszcze nie za późno nauczyć się tego po swojemu, mając ponad pięćdziesiąt lat?