„Mamo, tato, przecież zawsze mogliśmy na was liczyć” — dopóki nie powiedzieliśmy „dość”, nasze córki odzywały się głównie po pieniądze i przysługi
„To już naprawdę przesada” — powiedział mój mąż, kiedy młodsza córka trzeci raz w tym miesiącu zadzwoniła z pytaniem, czy przelejemy jej 800 zł „na chwilę”, bo rata, przedszkole i jeszcze zepsuła się pralka. Siedziałam przy stole z herbatą i aż ścisnęło mnie w brzuchu, bo wiedziałam, że za dwa dni zadzwoni też starsza, czy weźmiemy wnuka na cały weekend, bo ona z mężem „muszą odpocząć”.
I najgorsze jest to, że one nie dzwoniły do nas tak po prostu. Nie było: „mamo, jak się czujesz?”, „tato, jak po badaniach?”, tylko od razu konkret. Albo pieniądze, albo podwózka, albo wnuki, albo żeby mój mąż pojechał coś naprawić, bo „tato, ty to ogarniesz najlepiej”.
Nie chcę z siebie robić ofiary, bo sami do tego dopuściliśmy. Jak były młode, zawsze wszystko za nie załatwialiśmy. Jednej dołożyliśmy do wkładu własnego na mieszkanie, drugiej przez dwa lata dopłacaliśmy do żłobka, bo „na początku jest ciężko”. Jak trzeba było odebrać dziecko z przedszkola, to rzucaliśmy wszystko. Mąż jeździł po marketach budowlanych, skręcał meble, woził wózek do reklamacji. Ja gotowałam obiady na dwa domy, bo „przy dzieciach nie ma kiedy”. I w pewnym momencie to przestała być pomoc, a stało się czymś oczywistym.
Uderzyło mnie to w dzień, kiedy wróciłam z przychodni po kontroli u kardiologa. Nic strasznego, ale miałam gorsze wyniki i stres mnie dobijał. Napisałam starszej córce: „Byłam u lekarza, trochę się martwię”. Odpisała po trzech godzinach: „Oj, to niedobrze. A w sobotę jednak dacie radę z małym od 10 do 19?”. Nawet nie zadzwoniła.
Pokazałam to mężowi, a on tylko powiedział: „Widzisz? My jesteśmy dla nich zapleczem logistycznym”. Zabolało, bo brutalne, ale prawdziwe.
Kilka dni później przyszły obie, bo mieliśmy im powiedzieć, czy w te święta zrobimy jak zwykle większość zakupów i czy mogą przyjść „na gotowe”. Mąż wtedy spokojnie powiedział: „Musimy wam coś powiedzieć. Kończymy z pożyczaniem pieniędzy i z opieką na każde zawołanie. Jak możemy i mamy siłę, to pomożemy, ale nie będziemy już pierwszym telefonem do wszystkiego”.
Zapadła taka cisza, że aż mi się ręce spociły.
Starsza od razu: „Czyli co, teraz będziecie nas rozliczać z każdej prośby?”
Młodsza: „Super. Jak byłyście młode, to babcie pomagały i jakoś było normalnie”.
Mąż odpowiedział: „Normalnie? A kiedy ostatnio przyszłyście do nas bez sprawy do załatwienia?”
I wtedy zrobiło się nieprzyjemnie. Usłyszeliśmy, że przesadzamy, że wszystko bierzemy do siebie, że one mają pracę, dzieci, kredyty i nie siedzą bezczynnie. I to też była prawda. Jedna pracuje w sieciówce na zmiany, druga w biurze i ciągle boi się zwolnień. Nie mają lekko. Tylko że my też nie jesteśmy już w wieku, żeby dźwigać wszystko.
Ale ja też nie byłam fair. Bo zamiast wcześniej mówić, że jestem zmęczona albo że nas na coś nie stać, zaciskałam zęby i mówiłam „dobrze, jakoś damy radę”. A potem narzekałam do męża, że córki nas wykorzystują. On z kolei lubił czuć się potrzebny i sam często proponował pomoc, a potem miał pretensje, że znowu cały dzień komuś poświęcił. Sami zrobiliśmy z siebie dyżurnych rodziców.
Najmocniej zabolało mnie jednak, gdy młodsza powiedziała: „To trzeba było od razu powiedzieć, a nie teraz po latach robić z nas niewdzięczne”. Bo coś w tym było. Powinniśmy byli dawno ustalić granice, a nie czekać, aż nam pęknie.
Od tamtej rozmowy minęły dwa miesiące. Jest chłodniej. Telefony są rzadsze. Starsza raz zadzwoniła po prostu zapytać, co u mnie, ale rozmowa była sztywna. Młodsza obraziła się bardziej i napisała tylko, że „musi wszystko organizować inaczej”. Z jednej strony mi przykro, z drugiej pierwszy raz od dawna nie żyję pod telefonem.
Była też sytuacja, przez którą mam wyrzuty sumienia. Młodsza naprawdę miała podbramkowo, bo jej mąż wyjechał w delegację, dziecko się rozchorowało, a ona mogła stracić premię. I wtedy odmówiłam, bo akurat mieliśmy z mężem wyjazd do sanatorium, już opłacony zaliczką. Powiedziała: „Jasne, wasz relaks ważniejszy”. Strasznie to we mnie siedzi, chociaż wiem, że gdybyśmy zrezygnowali, znów byłoby tak jak dawniej.
Teraz próbujemy z mężem żyć trochę po swojemu. Pójść na spacer, pojechać do znajomych, nie odkładać lekarza, bo trzeba wnuka odebrać z przedszkola. Tylko cały czas mam z tyłu głowy, czy nie przesadziliśmy w drugą stronę i czy da się to jeszcze poukładać bez żalu.
Nie chcę zrywać kontaktu z córkami, tylko żeby widziały w nas rodziców, a nie bankomat i pogotowie rodzinne. Tylko może za późno się za to zabraliśmy. Jak wy byście to ustawili na naszym miejscu?