„Albo go zostawisz, albo patrzę, jak sama siebie niszczysz”. Córka położyła przede mną wydruki o długach mojego partnera, a ja w jednej chwili przestałam wiedzieć, komu wierzyć

– Mamo, ty go w ogóle sprawdziłaś? – córka rzuciła mi na stół plik kartek tak mocno, że aż kubek z herbatą się przewrócił.

Najpierw się wściekłam. Normalnie mnie zalało. Bo siedziałam w swojej kuchni, w bloku na osiedlu pod Krakowem, kroiłam pomidory na kolację, a ona wpadła bez zapowiedzi i od progu zaczęła mi robić przesłuchanie.

– Możesz mi nie urządzać scen? – powiedziałam. – Mam pięćdziesiąt trzy lata, nie siedemnaście.

– To się zachowuj, jakbyś miała pięćdziesiąt trzy, a nie siedemnaście – odburknęła. – Mamo, ten człowiek ma długi. I nie jakieś tam chwilówki sprzed dziesięciu lat, tylko sprawy w sądzie, komornika i wyroki za przekręty.

Jak usłyszałam „wyroki”, to mi się zrobiło zimno. Ale dalej szłam w zaparte.

– Bzdury. Ludzie różne rzeczy o sobie mówią. Kto ci to w ogóle dał?

– Sama sprawdziłam. KRS, Monitor Sądowy, stare ogłoszenia, rejestr dłużników. Poprosiłam też kolegę z kancelarii, żeby mi pomógł to ogarnąć. On zmieniał firmy, brał towar, nie płacił, podpisywał umowy, których potem nie realizował. Mamo, on nie jest pechowy. On tak żyje.

Usiadłam, bo nagle mi nogi zmiękły. Tylko że dalej bardziej byłam zła niż przestraszona. Bo niby kiedy ona zaczęła mi grzebać w życiu? I czemu akurat teraz, kiedy od dawna pierwszy raz nie siedziałam sama wieczorami?

Poznałam go rok temu. Przysiadł się do mnie w kawiarni przy rynku, bo nie było miejsc. Zwykły facet, żadna tam wielka gadka. Mówił normalnie. Nie ślizgał się oczami, nie stroił pawia. Po rozwodzie, dorosły syn za granicą, mieszkał sam. Potem zaczęliśmy się spotykać. Tu spacer, tu kino, tu obiad w barze mlecznym, tu weekend w Kazimierzu Dolnym. Po tym, co przeszłam z byłym mężem, który wszystko miał ważniejsze ode mnie, takie zwykłe zainteresowanie robiło swoje.

On pamiętał, że mam wizytę u endokrynologa. Przywiózł mi zakupy, jak miałam zapalenie oskrzeli. Przykręcił cieknący kran. Śmieszne może, ale człowiek się przywiązuje do takich rzeczy.

Córka od początku go nie lubiła.

– Za szybko się rozgaszcza – mówiła.
– Bo jest normalny, a nie nadęty – odpowiadałam.
– Mamo, on za dużo wypytuje o mieszkanie po babci.
– Pyta, bo rozmawiamy.

No właśnie. Mieszkanie po mamie. Stare M3 w Nowej Hucie, po remoncie, teraz wynajmowane studentkom. Nigdy nie ukrywałam, że je mam. To nie był żaden sekret. Ale po tej rozmowie zaczęłam sobie przypominać różne teksty.

„Szkoda, że tyle płacisz do spółdzielni.”
„Można by sprzedać i kupić coś mniejszego, a resztę odłożyć.”
„Po co ci dwa mieszkania, przecież i tak mieszkasz sama.”

Wtedy to brzmiało jak zwykłe gadanie. Nagle już nie.

Wieczorem zadzwoniłam do niego.

– Przyjedź. Musimy pogadać.

Przyjechał po godzinie. Usiadł przy stole, spojrzał na mnie i od razu chyba wiedział.

– Córka coś znalazła? – zapytał.

Aż mnie ścisnęło, bo nie zaprzeczył.

– To prawda?

Długo nic nie mówił. Potem westchnął.

– Część tak.

– Część? To są wyroki, komornik, długi. Jaka część tu jest „częścią”?

– Była spółka. Z kolegą. Poszło źle. Podpisywałem rzeczy, których nie powinienem podpisywać. Myślałem, że wyjdziemy z tego. Nie wyszliśmy.

– A te oszustwa?

– To nie było tak, że chodziłem i okradałem ludzi po mieszkaniach – powiedział nerwowo. – Były faktury, zaliczki, opóźnienia, jedna rzecz pociągnęła drugą. Sąd to zakwalifikował, jak zakwalifikował.

– Czyli jednak.

– Odsiadłem w zawiasach, spłacam, pracuję. Nie jestem z tego dumny.

Byłam wściekła, ale chyba jeszcze bardziej bolało mnie to, że nie powiedział mi sam.

– Dlaczego milczałeś?

– Bo jak człowiek powie to za wcześnie, to nikt nie chce już słuchać niczego więcej.

– A jak nie powie, to jest lepiej?

Nic nie odpowiedział.

Następnego dnia przyszła córka. Nie zapraszałam jej, ale i tak przyszła.

– I co? – zapytała od progu.
– To prawda – powiedziałam.
– No to chyba jasne.

I wtedy mnie coś uderzyło, bo ona mówiła tak, jakby sprawa była zamknięta, jakby chodziło o wyrzucenie zepsutej pralki, a nie człowieka.

– Tobie chyba za łatwo to przychodzi – powiedziałam.
– Bo ja nie jestem zakochana.
– Nie, bo ty od początku chcesz decydować za mnie.

Pokłóciłyśmy się strasznie. Córka krzyczała, że jak pozwolę mu wejść głębiej w moje życie, to skończę z kredytem na siebie albo bez mieszkania po babci. Ja, że robi ze mnie starą idiotkę. Ona się popłakała i powiedziała:

– Wiesz, ile razy ja już ratowałam ludzi po „dobrych facetach”? W pracy przychodzą kobiety, które poręczyły pożyczkę, przepisały samochód, dały dostęp do konta. Wszystkie mówiły, że „on nie jest taki”.

Dopiero wtedy zrozumiałam, skąd u niej taka reakcja. Córka pracuje w kancelarii komorniczej. Ja niby wiedziałam, ale jakoś nie łączyłam kropek. Dla niej to nie była teoria.

Przez kilka dni go unikałam. On pisał: „Porozmawiajmy”, „Nie uciekaj”, „Wiem, że zawaliłem”. W końcu się spotkaliśmy w parku, na ławce, jak jakieś nastolatki.

– Czy ty jesteś ze mną dla mnie, czy dla tego, co mam? – zapytałam wprost.

Obraził się. Naprawdę. A potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam.

– Miałem zamiar cię poprosić o pożyczkę.

Myślałam, że mnie zatka.

– Ile?

– Czterdzieści tysięcy.

Roześmiałam się, ale tak nerwowo, okropnie.

– I kiedy chciałeś to zrobić? Po świętach? Po wspólnych wakacjach? Może po tym, jakbyś się do mnie wprowadził?

– Nie planowałem żadnego numeru – powiedział. – Mam ugodę, jeśli nie wpłacę części do końca miesiąca, znowu wejdzie komornik na konto i stracę pracę. Chciałem ci oddać. Naprawdę.

– To czemu nic nie mówiłeś wcześniej?

– Bo się bałem, że właśnie to pomyślisz.

– Bo właśnie to jest.

I wtedy wyszło jeszcze jedno. Kilka tygodni wcześniej zostawiłam u niego teczkę z dokumentami od mieszkania po mamie, bo wracaliśmy od notariusza i nie chciało mi się tego taszczyć. Powiedział, że je skserował.

– Po co?!

– Bo chciałem sprawdzić, czy na tym mieszkaniu nie ma jakiegoś obciążenia i czy mogłabyś wziąć pożyczkę hipoteczną taniej niż zwykły kredyt.

Do dziś, jak to piszę, ręce mi się trzęsą.

– Ty jesteś nienormalny – powiedziałam.
– Nie wziąłem nic! Niczego nie podpisałem! Tylko sprawdzałem!
– Bez mojej wiedzy!
– Bo byś się nie zgodziła.

No właśnie.

Wróciłam do domu i pierwszy raz od lat ryczałam tak, że sąsiadka zapukała, czy wszystko w porządku. Córka przyjechała wieczorem z zakupami. Usiadła obok mnie i już się nie mądrzyła.

– Mamo, ja wiem, że ci ciężko – powiedziała tylko.

Najgorsze jest to, że ja dalej nie umiem zrobić z niego potwora. Tak, okłamał mnie. Tak, kombinował. Tak, pewnie gdybym nie dowiedziała się teraz, to za chwilę byłabym wciągnięta po uszy. Ale jednocześnie wierzę, że w jakimś chorym sensie on naprawdę chciał zacząć od nowa i po prostu wybrał najgorszy możliwy sposób.

Napisałam mu, żeby więcej się ze mną nie kontaktował. Odpisał tylko: „Rozumiem. Przepraszam”. I cisza. A ja siedzę w tym mieszkaniu sama, patrzę na kubek, który mi kupił na jarmarku bożonarodzeniowym, i czuję się jednocześnie głupia, wściekła i… zwyczajnie pusta.

Niby wiem, że córka mnie uratowała. Naprawdę to wiem. Tylko że razem z tym uratowaniem zabrała mi też coś, co przez chwilę wyglądało jak normalne życie.

I teraz pytanie do was: gdybyście byli na moim miejscu, ucięlibyście to od razu, czy dali jeszcze jedną szansę komuś, kto narobił długów i kłamstw, ale może jednak nie wszystko było udawane?