Usłyszałam od własnego dziecka: „Mamo, ja nie jestem od tego, żeby ci wypełniać pustkę” i do dziś nie wiem, czy bardziej zabolały mnie te słowa, czy to, że chyba miało trochę racji
„Naprawdę nie rozumiesz, że ja też mam swoje życie?”
To było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam, jak tylko odebrało ode mnie telefon. Nawet nie zdążyłam powiedzieć, po co dzwonię. Zamurowało mnie. Powiedziałam tylko: „Miło cię słyszeć”. A ono od razu: „Mamo, nie zaczynaj tej ironii, proszę”.
Siedziałam wtedy sama w mieszkaniu po rodzicach, w bloku z wielkiej płyty, z kubkiem zimnej już herbaty. Od kilku dni bolał mnie kręgosłup, byłam po kolejnej zmianie w przychodni rejestracji, człowiek wraca zmęczony, a w domu cisza. I tak, przyznaję, dzwoniłam częściej niż kiedyś. Czasem codziennie. Nie zawsze po coś konkretnego. Raz zapytać, czy jadło, raz czy dojechało, raz tylko pogadać pięć minut.
W odpowiedzi coraz częściej słyszałam: „Oddzwonię”, „Jestem w pracy”, „Jestem ze znajomymi”, „Nie mogę teraz”. A potem to oddzwonienie nie przychodziło.
Tamtego dnia puściły mi nerwy. Powiedziałam: „Ja naprawdę nie oczekuję cudów. Chciałabym po prostu czuć, że mam dziecko, a nie numer telefonu, który wiecznie jest zajęty”.
I wtedy usłyszałam: „A ja chciałabym, żebyś przestała robić ze mnie dyżurnego opiekuna twoich emocji”.
Powiem szczerze, aż mnie ścięło. Zrobiło mi się zwyczajnie przykro. Bo ja nigdy nie prosiłam o pieniądze, o zakupy, o bieganie po urzędach. Jak miałam sprawę w ZUS-ie czy w spółdzielni, załatwiałam sama. Jak zepsuł się kran, zamawiałam hydraulika. Jak trzeba było iść do lekarza, jechałam autobusem albo brałam taksówkę. W mojej głowie ja niczego wielkiego nie chciałam. Tylko kontaktu.
Ale prawda jest też taka, że ten kontakt coraz częściej wyglądał tak, że czekałam. Czekałam, aż napisze. A jak nie pisało, to się nakręcałam. Wchodziłam na Messengera, patrzyłam, że aktywne. Na Facebooku zdjęcie ze znajomymi, jakiś wypad za miasto, kolacja, uśmiechy. I we mnie rosło to głupie uczucie, że dla wszystkich ma czas, tylko nie dla mnie.
Raz nawet napisałam: „Widzę, że obcych umiesz traktować lepiej niż matkę”. Dzisiaj jak to czytam, to sama widzę, jakie to było manipulacyjne, ale wtedy wydawało mi się, że po prostu mówię prawdę.
Po tej naszej telefonicznej kłótni przez dwa dni była cisza. Potem przyszła wiadomość: „Jak chcesz, możemy porozmawiać, ale spokojnie”. Pojechałam w sobotę do niego do Warszawy. Całą drogę Pendolino myślałam, że pewnie mnie przeprosi. Naprawdę tak myślałam. I tu chyba wychodzi, jak bardzo siedziałam w swoim obrazie tej relacji.
Usiedliśmy w kuchni przy stole. Zrobiło kawę i powiedziało: „Ja cię nie odcinam od siebie. Ja się po prostu duszę, kiedy każdy telefon jest testem, czy jestem wystarczająco dobrym dzieckiem”.
Powiedziałam: „Czy jeden telefon do matki na dwa dni to naprawdę taki ciężar?”
Ono na to: „Nie chodzi o jeden telefon. Chodzi o to, że po każdym nieodebranym mam potem trzy wiadomości: czy żyję, czy pamiętam, że masz badania, czy znowu o tobie zapomniałem. To nie jest zwykły kontakt. To jest poczucie winy w pakiecie”.
Chciałam się bronić, ale wyciągnęło stary temat, o którym wolałam nie mówić. Kiedy kilka lat temu wyprowadziło się na studia, ja bardzo to przeżyłam. Mąż już wtedy od dawna mieszkał osobno, formalnie byliśmy jeszcze małżeństwem, ale każdy żył po swojemu. Ja zostałam sama i chyba za bardzo uczepiłam się dziecka. Dzwoniłam z byle czym. Jak nie odbierało, potrafiłam zadzwonić do jego współlokatorki, raz nawet do dziekanatu, bo byłam przekonana, że coś się stało. Wtedy wydawało mi się, że to troska. Dla niego to było przekraczanie granic i wstyd.
Usłyszałam też coś, czego się nie spodziewałam: „Ty nie chcesz wiedzieć, jak się mam. Ty chcesz się uspokoić”.
To zabolało najbardziej, bo częściowo było prawdziwe.
Ale nie cała prawda była po mojej stronie winy. Bo z drugiej strony ono też przyzwyczaiło mnie do bliskości. Jak było młodsze, mówiło mi o wszystkim. O egzaminach, kłótniach, pierwszej pracy, nawet o głupotach. Jak przyjeżdżało na święta, siedzieliśmy do nocy i gadaliśmy. A potem nagle weszło w ten dorosły świat: praca w korporacji, ciągłe terminy, znajomi, wyjazdy, terapia, stawianie granic. I ja mam wrażenie, że w tym wszystkim matka została wrzucona do jednego worka pod nazwą „obciążenie”.
Powiedziałam mu to. Że trochę dziś wszystko się nazywa toksycznością. Że kiedyś człowiek miał poczucie obowiązku wobec rodziców i to nie było od razu coś chorego. Że ja przy swojej matce byłam do końca. Jeździłam z nią po szpitalach, siedziałam na SOR-ze, robiłam zakupy, prałam. Nikt mnie nie pytał, czy mam przestrzeń.
Na to odpowiedziało spokojnie: „I może właśnie dlatego teraz oczekujesz, że ja też będę żyć tak samo. Tylko ja nie chcę relacji z tobą z obowiązku. Chcę z wyboru. Ale żeby ten wybór był możliwy, muszę mieć oddech”.
Siedziałam i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo z jednej strony poczułam się odepchnięta. A z drugiej pierwszy raz ktoś mi to powiedział tak wprost, bez krzyku. I przypomniałam sobie, ile razy ja sama dzwoniłam nie po to, żeby zapytać „co u ciebie?”, tylko żeby zagłuszyć własną pustkę. Po pracy, po cichym wieczorze, po kolejnej niedzieli spędzonej samej.
Najgorsze, że ja chyba nie umiałam odróżnić bliskości od dostępności. Jak nie odbierało, to czułam, że przestaję być ważna. Jak odpisywało krótko, miałam wrażenie, że już mnie nie potrzebuje. A przecież dorosłe dziecko nie ma obowiązku potrzebować matki tak, jak kiedyś.
Od tamtej rozmowy minęły trzy tygodnie. Nie dzwonię pierwsza codziennie. Raz się powstrzymałam, choć bardzo chciałam. Raz ono zadzwoniło samo, na dziesięć minut, i ta rozmowa była nawet normalna, bez pretensji z mojej strony. Ale nie będę udawać, że nagle wszystko rozumiem i akceptuję. Dalej mnie boli, kiedy widzę, że na innych ma energię, a dla mnie jest zmęczone. Dalej mam w sobie ten stary odruch, że rodzina powinna jednak bardziej się „interesować”.
Tylko zaczynam też widzieć, że pod słowem „interesować” często chowałam własny lęk przed tym, że zostałam sama i już nie jestem w centrum niczyjego świata.
Nie wiem więc, czy powinnam bardziej walczyć o tę więź, czy właśnie odpuścić i przyjąć, że dorosłe dziecko ma prawo kochać mnie po swojemu, nawet jeśli dla mnie to za mało. Jak wy to widzicie: o bliskość trzeba walczyć, czy lepiej uznać dystans i nie brać go od razu jako odrzucenia?