Przez siedem lat oddawałam teściowej niemal każdy weekend. Gdy zabrałam chorego syna do domu, mój mąż wreszcie musiał wybrać
Znalazłam Kubę śpiącego na dwóch zsuniętych krzesłach w kuchni teściowej. Miał rozpiętą kurtkę, czerwone policzki i mokre włosy przyklejone do czoła. Kiedy dotknęłam jego karku, od razu wiedziałam, że to nie jest zwykłe zmęczenie. Za oknem Piotr ładował drewno na taczkę, a ja od trzech godzin myłam okna w domu jego matki.
Mieliśmy przyjechać tylko na chwilę. Zawieźć zakupy, sprawdzić piec, wrócić przed obiadem. Kuba rano kaszlał, więc prosiłam męża, żebyśmy tym razem odpuścili.
— Mama sama tego nie ogarnie — powiedział, szukając kluczy.
Słyszałam to zdanie częściej niż własne imię.
Mieszkaliśmy pod Radomiem, czterdzieści minut od gospodarstwa teściowej. Oboje pracowaliśmy, spłacaliśmy kredyt i wychowywaliśmy dwoje dzieci. Ja w sklepie spożywczym, Piotr w hurtowni budowlanej. W tygodniu mijaliśmy się między obiadem, lekcjami Oli a kąpielą Kuby.
Weekendy miały być nasze. Przynajmniej tak sobie kiedyś wyobrażałam małżeństwo.
Po śmierci teścia pomagaliśmy Zofii regularnie. To było oczywiste. Została sama z kurami, ogrodem i domem wymagającym ciągłych napraw. Tylko że przez siedem lat pomoc zmieniła się w obowiązek, którego nikt ze mną nie uzgodnił.
W piątek wieczorem przychodziła wiadomość: „Przyjedźcie rano. Jest robota”. Nawet bez pytajnika.
Sobota: ziemniaki, opał, zakupy. Niedziela: pranie firanek, zawiezienie na cmentarz, poprawienie ogrodzenia. Nasze mieszkanie sprzątałam później nocami.
A ona przyjeżdżała czasem i przesuwała palcem po półce.
— Ja przy małych dzieciach miałam porządek. Teraz te pralki wszystko za was robią, a wy dalej zmęczone.
Piotr wtedy zwykle wychodził do łazienki albo pytał, czy ktoś chce herbaty.
Tamtej soboty termometr pokazał trzydzieści dziewięć stopni. Wyciągnęłam z torebki lek przeciwgorączkowy i zawołałam męża.
Teściowa weszła za nim, trzymając mokrą ścierkę.
— Przecież tylko śpi. Dzieci teraz chorują, bo je ciągle przegrzewacie.
Nie odpowiedziałam. Pomogłam Kubie wypić wodę. Ręce tak mi drżały, że rozlałam trochę na jego spodnie.
— Zostały dwa okna — dodała. — Piotr sam wszystkiego nie zrobi.
Wtedy odstawiłam szklankę.
— Jadę z dziećmi do domu.
— A okna?
Spojrzałam na nią. Naprawdę czekała na odpowiedź.
— Nie interesują mnie teraz pani okna.
W kuchni zrobiło się cicho. Ola stanęła przy drzwiach, ściskając plecak.
— No proszę. Człowiek was prosi o drobiazg, a ty od razu pokazujesz charakter. Piotrek, słyszysz, jak twoja żona do mnie mówi?
Mąż otarł dłonie o spodnie.
— Asia, spokojnie. Mama nie chciała…
— Nie kończ tego zdania.
Powiedziałam to cicho. Chyba właśnie dlatego spojrzał na mnie uważniej.
— Od siedmiu lat słyszę, czego ona nie chciała. Nie chciała mnie obrazić. Nie chciała skrytykować. Tylko jakoś zawsze ja wracam stąd z płaczem.
Teściowa rzuciła ścierkę na blat.
— Gdybyś lepiej organizowała czas, nie byłabyś taka umęczona. Ja też pracowałam.
— Pracuję cały tydzień. Tutaj też pracuję. Za darmo, prawie w każdą sobotę i niedzielę. A potem jeszcze słucham, że jestem złą matką i mam brudny dom. Nie zgadzam się już na to.
— Czyli mam nikogo o nic nie prosić?
— Może pani prosić. Ale ja mogę odmówić.
Piotr patrzył w podłogę. To mnie zabolało najbardziej. Nie jej słowa. Jego milczenie.
W samochodzie usiadłam obok Kuby. Piotr został jeszcze w domu. Przez szybę widziałam, jak matka coś mu tłumaczy, wskazując w moją stronę.
Kiedy wreszcie wsiadł, powiedziałam:
— Ja tak dalej nie potrafię. Nie każę ci przestać kochać matki. Ale nie będę już płacić za twój spokój swoim zdrowiem i czasem dzieci.
Przez większość drogi milczeliśmy. Dopiero pod blokiem zapytał:
— Naprawdę płakałaś po powrotach?
Roześmiałam się jakoś tak głupio, przez łzy.
— Przecież spałeś obok mnie.
Wieczorem zadzwonił do matki przy mnie. Nie prosiłam o to. Siedział przy stole, dłubiąc paznokciem w wyszczerbionym brzegu kubka.
Powiedział, że przez dwa najbliższe weekendy nie przyjedziemy. Później ustalimy jedną sobotę w miesiącu na większe prace. W pilnych sprawach pomoże, ale obrażania mnie nie będzie więcej przemilczał.
Słyszałam jej podniesiony głos.
— To ona ci zabrania przyjeżdżać?
Piotr zamknął oczy.
— Nie, mamo. To ja za długo pozwalałem, żeby wszystko było naszym obowiązkiem.
Rozłączyła się.
Następna sobota nie wyglądała jak nagroda. Kuba nadal kaszlał, pralka przeciekała, a Piotr co chwilę zerkał na telefon. Ale po południu razem robiliśmy naleśniki. Ola zapytała, czy jutro też będziemy w domu. Odpowiedziałam, że tak.
Teściowa nie dzwoniła przez trzy tygodnie. Potem poprosiła o podwiezienie do przychodni. Piotr zawiózł ją w środę przed pracą. Bez dopisywania mi mycia podłóg do jej wizyty u lekarza.
Nadal czuję ucisk w żołądku, kiedy widzę jej numer. Nie naprawiła nas jedna rozmowa, ale zaczęliśmy rozmawiać także o tym, co boli.
Czasem zastanawiam się, dlaczego moje „nie” musiało zabrzmieć jak groźba rozpadu małżeństwa, żeby wreszcie ktoś je usłyszał.