Syn przyszedł do mnie z obrączką na palcu. Dopiero kilka dni wcześniej dowiedziałam się, że nie zaprosił mnie na własny ślub
Obrączka na palcu Pawła stuknęła o ucho filiżanki, kiedy podawałam mu kawę. Rozlałam trochę na spodek. Jeszcze tydzień wcześniej powiedziałabym, żeby uważał, bo to serwis po babci. Teraz patrzyłam tylko na ten złoty krążek.
Mój syn był żonaty od dziewiętnastu dni. Wiedziałam o tym od czterech.
Zdjęcie pokazała mi kuzynka na targu, między stoiskiem z jajkami a budką z pieczywem.
— Ale pięknie wyszliście. Ty robiłaś zdjęcie?
Na ekranie Paweł obejmował Martę przed urzędem. Zosia stała między nimi w białych rajstopach, które sama jej kupiłam.
Powiedziałam, że zapomniałam okularów. Potem wróciłam do domu bez ziemniaków, po które wyszłam.
Teraz siedzieli przy moim stole. Marta nie zdjęła swetra, choć w mieszkaniu było ciepło. Zosia układała na dywanie drewniane klocki, te same, którymi bawił się kiedyś jej ojciec.
— Ładną mieliście pogodę — powiedziałam.
Paweł odstawił filiżankę.
— Mamo…
— Pytam o pogodę. O ślub chyba już za późno.
Marta spojrzała na niego, potem na mnie.
— Wiedzieliśmy, że będzie pani przykro.
— To przynajmniej jedna rzecz, którą wiedzieliście.
Zapadła cisza. Zosia podniosła głowę.
— Babciu, masz coś do picia?
Poszłam nalać jej wody. Stałam przy zlewie dłużej, niż trzeba, i patrzyłam na ścierkę wiszącą na kranie. Kupiliśmy ją z Pawłem, kiedy pierwszy raz urządzaliśmy tę kuchnię. Miał wtedy dziesięć lat i upierał się przy żółtej.
Jego ojciec odszedł dwa lata wcześniej. Alimenty przychodziły, kiedy przychodziły. Rano sprzątałam przychodnię, wieczorami dorabiałam przy wydawaniu obiadów. Paweł odrabiał lekcje przy ladzie, między garnkiem z kompotem a kasetką z drobnymi.
Wróciłam z wodą.
— Nie potrzebowałam wesela — powiedziałam. — Nawet nowej sukienki. Chciałam tylko tam być.
Paweł patrzył w stół.
— Baliśmy się, że znowu wszystko zacznie się od kłótni.
— Znowu?
Marta zacisnęła dłonie na kolanach.
— Kiedy powiedzieliśmy o imieniu dla Zosi, przez dwa tygodnie przekonywała nas pani do innego. Kiedy szukałam pracy, dzwoniła pani do Pawła, żeby mi wytłumaczył, że dziecko potrzebuje matki w domu.
— Bo sami mówiliście, że na żłobek was nie stać.
— A potem przy każdym sporze słyszeliśmy, że bez pani pieniędzy nie dalibyśmy rady.
Chciałam zaprzeczyć. Już otwierałam usta.
Tylko że pamiętałam tamten przelew na kaucję. I własne słowa, wypowiedziane miesiąc później, kiedy nie pozwolili mi zabrać przeziębionej Zosi na niedzielny obiad: „Jak trzeba płacić, to matka dobra”.
— Pomagałam wam — powiedziałam ciszej.
— Tak — odpowiedział Paweł. — Ale czasem nie wiedziałem, czy mogę ci odmówić.
Zabolało mnie to bardziej niż zdjęcie. Bo pieniądze dawałam naprawdę z serca. A potem, w złości, wyciągałam je jak rachunek. No, tak było. Nie zawsze, ale było.
Zosia przyszła z dwoma klockami.
— Tata, pomóż mi zrobić garaż.
Paweł usiadł z nią na dywanie. Patrzyłam, jak poprawia jej zsuwającą się spinkę, niezgrabnie, dwoma palcami. Ja mu kiedyś tak odgarniałam włosy znad zeszytu.
— A rodzice Marty byli? — zapytałam.
— Byli świadkami — odpowiedział.
Kiwnęłam głową. Musiałam kilka razy przełknąć ślinę.
— Czyli wszyscy jednak się nie pokłócili.
Marta spuściła wzrok.
— Powinniśmy byli powiedzieć wcześniej. Nie tak, żeby dowiedziała się pani od kogoś.
— Nie powinniśmy cię stawiać przed faktem — dodał Paweł.
Nie przeprosiłam od razu. On też nie próbował mnie przytulić. Przez chwilę słychać było tylko klocki przesuwane po podłodze.
— Ty chyba nie pamiętasz, jak myśmy żyli — wyrwało mi się.
Podniósł głowę.
— Pamiętam. Pamiętam, że mówiłaś, że już jadłaś, a potem zjadałaś po mnie resztę zupy. I te buty, które kleiłaś przed pracą.
Otarł nos rękawem, zupełnie jak wtedy, kiedy był mały.
— Wiem, co dla mnie zrobiłaś, mamo. Tylko ja nie chcę za każdym razem wybierać między tobą a Martą.
Usiadłam. Nagle bardzo chciałam, żeby znów miał dziesięć lat. Wtedy umiałam naprawić większość rzeczy gorącą kolacją i czystą pościelą.
— Nie wiem, czy umiem od razu przestać się wtrącać — powiedziałam. — Ale mogę przestać dzwonić po trzy razy.
Marta po raz pierwszy zdjęła sweter.
— A my możemy mówić wprost, zamiast unikać rozmowy.
Nie uwierzyłam, że od tej chwili będzie dobrze. Zapytałam jednak, czy zostaną na pomidorową. Zostali.
Przed wyjściem Paweł objął mnie w przedpokoju. Sztywno, ostrożnie. Nie powiedziałam mu, jak długo czekałam.
Nadal żałuję, że nie widziałam jego ślubu. Próbuję jednak nauczyć się, że krzywda, którą czuję, nie unieważnia tego, co sama zrobiłam.