„To tylko wasze hobby” — tak mówili, dopóki nie okazało się, że to my utrzymujemy rodzinę

„Naprawdę nie mogłaś przełożyć tego zlecenia? Przecież to tylko zdjęcia” — powiedział do mnie mąż przy obiedzie, przy całej rodzinie. A jego matka tylko prychnęła i dorzuciła: „No właśnie. Dom same się nie ogarnie, dzieci też nie wychowają Instagramy”.

Siedziałam z widelcem w ręku i aż mnie zamurowało, bo to nie była pierwsza taka uwaga. Ale pierwszy raz padła przy wszystkich, łącznie z drugą bratową, która siedziała obok i patrzyła w talerz. Po chwili odezwał się jej mąż: „Ty też ostatnio latasz z aparatem częściej niż normalnie pracujesz”.

Najgorsze było to, że same trochę byłyśmy sobie winne. Przez długi czas mówiłyśmy o tym naszym fotografowaniu jak o czymś dodatkowym. „Dorobimy sobie”, „porobimy sesje w weekend”, „zobaczymy, co z tego wyjdzie”. Ja sama nie traktowałam tego od razu poważnie. Brałam za mało, zgadzałam się na terminy, które rozwalały życie domowe, i jeszcze udawałam, że dam radę wszystko zrobić sama: dzieci, zakupy, obiad i obróbka zdjęć po nocach.

Druga bratowa miała podobnie. Pracowała na pół etatu w sklepie odzieżowym w galerii, a zdjęcia robiła po pracy. To ona pierwsza powiedziała mi wprost: „My się same ustawiamy w roli dziewczyn od hobby. To potem oni też tak nas traktują”.

Prawda była taka, że to nie zaczęło się od wielkiej wojny. Na początku było nawet niby wspierająco. Mąż kupił mi używany obiektyw na urodziny, teściowa mówiła: „Fajnie, że masz coś dla siebie”. Dopóki to nie zaczęło zabierać czasu i dopóki nie pojawiły się z tego pieniądze. Nieduże, ale regularne. I dopóki ludzie nie zaczęli nas polecać.

Zaczęłyśmy razem robić chrzciny, komunie, małe wesela, sesje rodzinne i ciążowe. Jedna robiła zdjęcia, druga ogarniała klientów, umowy, terminy, potem na zmianę obróbka. Wzięłyśmy mały lokal do wynajęcia w pawilonie po dawnym punkcie ksero, nic wielkiego, ale swój kąt. I wtedy zaczęły się teksty.

„Na co wam lokal?”
„Po co ZUS płacić, jak można po cichu?”
„Jeszcze się zadłużycie.”
„A dzieci kto odbierze z przedszkola?”

Teściowa najczęściej mówiła to takim tonem, jakby się martwiła. Ale kończyło się zawsze tak samo: że dobra matka i żona ma priorytety. Jak raz nie pojechałam z nimi na cmentarz przed Wszystkimi Świętymi, bo miałam sesję noworodkową, obraza była chyba przez miesiąc.

Mój mąż też nie był potworem, żeby było jasne. On po prostu był przyzwyczajony, że wszystko wokół domu jakoś robi się samo. Jak dzieci były chore, to ja brałam L4. Jak trzeba było kupić prezent do szkoły albo opłacić Radę Rodziców, to też ja pamiętałam. Kiedy firma zaczęła nam się rozkręcać, pierwszy raz powiedziałam: „W czwartek ty jedziesz na zebranie, bo ja mam sesję”. Obraził się.

Najgorszy moment był, jak teściowa bez pytania umówiła u nas rodzinny obiad na niedzielę, a my miałyśmy całodniowy reportaż z komunii pod Warszawą. Mąż powiedział: „To odwołajcie. Rodzina jest ważniejsza”.

Powiedziałam: „Nie odwołam, ludzie wpłacili zaliczkę trzy miesiące temu”.

A on na to: „To oddaj zaliczkę”.

I wtedy druga bratowa, pierwszy raz przy wszystkich, powiedziała spokojnie: „To może ty oddasz? Bo my z tej komunii mamy więcej niż ty z nadgodzin za dwa weekendy”.

Zapadła cisza. Teściowa aż się zagotowała. „Czy wy teraz będziecie mężom wypominać pieniądze?”

A prawda była taka, że nie chodziło tylko o pieniądze. Ale one wszystko obnażyły. Kilka miesięcy wcześniej mój mąż miał przestój w pracy na budowie, potem mniej zleceń. U drugiej bratowej jej mąż stracił premię i spłacali raty za auto. I nagle to nasze „hobby” zaczęło opłacać przedszkole, rachunki za gaz i ratę kredytu. Tylko nikt nie chciał tego nazwać po imieniu.

Z mojej strony też nie było uczciwie do końca, bo długo ukrywałam, ile naprawdę zarabiamy. Część odkładałam na konto firmowe, trochę na poduszkę, bo bałam się, że jak pokażę, że idzie dobrze, to zaraz usłyszę, że można znowu wszystko zrzucić na mnie, skoro „i tak siedzisz na swoim”. Albo że ktoś będzie chciał decydować za mnie. Mąż się o to wkurzył, i miał do tego prawo.

Powiedział wtedy: „Czyli mi nie ufałaś?”.

Odpowiedziałam: „A ty ufałeś, że to jest praca? Bo ja od roku słyszę, że mam przestać się bawić”.

Najbardziej zabolało mnie, jak teściowa powiedziała do drugiej bratowej: „Od kiedy wy dwie się tak trzymacie, w tej rodzinie same problemy”. Jakby problemem było to, że przestałyśmy potulnie przytakiwać.

Nie zrobiłyśmy żadnej wielkiej awantury. Po prostu przestałyśmy się tłumaczyć. Ustaliłyśmy grafik, wpisałyśmy dni wolne, terminy rodzinne i terminy zleceń. Jak coś kolidowało, to rozmawiałyśmy wcześniej, a nie w ostatniej chwili. Mężom też powiedziałyśmy wprost, że jeśli chcą, żebyśmy pracowały „normalnie”, to dom też ma działać normalnie, czyli wspólnie. Odbiór dzieci, zakupy, lekarz, sprzątanie. Bez łaski.

Było trochę cichych dni, trochę dogadywania pod nosem. Ale jak przyszła zima i to nasze studio zrobiło tyle sesji świątecznych, że ledwo wyrabiałyśmy, coś się zmieniło. Nie przez gadanie. Przez fakty. Druga bratowa zapłaciła za ferie dzieci. Ja zamknęłam zaległą opłatę za dentystę i kupiliśmy wreszcie nową pralkę bez proszenia kogokolwiek o pomoc.

Mój mąż pierwszy raz sam powiedział do znajomego: „Moja żona prowadzi studio fotograficzne”. Nie „bawi się”, nie „robi zdjęcia po godzinach”, tylko prowadzi studio. Teściowa dalej czasem wbije szpilę, ale już nie mówi, że to fanaberia. Ostatnio nawet pytała, czy zrobimy zdjęcia z okazji ich rocznicy ślubu, chociaż jeszcze rok temu twierdziła, że „teraz to wszyscy tylko pozują”.

Nie będę ściemniać, że nagle jest idealnie. Nie jest. Nadal czasem słyszę, że za dużo nas nie ma, a ja nadal uczę się nie brać wszystkiego na siebie i nie udowadniać swojej wartości pracą po nocach. Ale jedna rzecz się zmieniła na pewno: już nikt w domu nie nazywa naszej pracy hobby.

Ciekawa jestem, czy miałyście podobnie, że dopiero jak kobieta zaczyna realnie zarabiać, to rodzina przestaje patrzeć na jej pracę z góry? I czy waszym zdaniem ja źle zrobiłam, że część pieniędzy trzymałam osobno, zanim to wszystko się unormowało?