Kiedy po latach opieki nad ojcem moja żona dostała z testamentu prawie nic, pękło w niej coś, czego już nie umiałem posklejać
„Ty wiedziałaś, że tata tak zdecydował” — powiedział Paweł i nawet nie miał odwagi spojrzeć Kasi w oczy.
Siedzieliśmy u notariusza, jeszcze w czarnych ubraniach po pogrzebie. W pomieszczeniu było duszno, a Kasia tak ściskała pasek od torebki, że aż zbielały jej kostki. Ja już po pierwszym zdaniu czułem, że zaraz wydarzy się coś złego, ale i tak mnie to walnęło prosto w klatę.
Mieszkanie po ojcu, trzypokojowe w bloku w centrum Radomia, zapisane w całości Pawłowi. Kasi ojciec zostawił trzydzieści tysięcy. Tyle. Po pięciu latach zmieniania pampersów, dźwigania go do łazienki, biegania po recepty, stania w kolejkach do przychodni, załatwiania rehabilitacji na NFZ i prywatnie, bo terminy były chore.
Kasia najpierw nic nie powiedziała. Tylko siedziała prosto, jakby jej ktoś kij wsadził w plecy. A potem bardzo cicho rzuciła:
„To po co ja tam codziennie jeździłam, Paweł?”
On poprawił mankiet koszuli i odburknął:
„Nie przesadzaj. Przecież nikt ci nie kazał.”
Do dziś mam ochotę mu za to przywalić. Ale prawda jest taka, że ja też nie jestem bez winy.
Poznałem Kasię dziesięć lat temu. Zawsze była tą „rozsądną”. Tą, co nie robi problemów. Jak trzeba było zawieźć ojca do szpitala, jechała. Jak trzeba było posprzątać, ugotować, dopilnować leków, też ona. Paweł dzwonił raz na jakiś czas, wpadał z siatką pomarańczy, klepał ojca po ramieniu i już cała rodzina wzdychała, jaki to on ogarnięty, jaki zabiegany, ale pamięta.
Pamięta. No super.
My w tym czasie kisiliśmy się z dwójką dzieci w dwupokojowym mieszkaniu na kredyt. Rata rosła, inflacja nas doiła, przedszkole, zajęcia młodego, dentysta, życie. Kasia po pracy leciała do ojca, a potem wracała wieczorem wypruta. Nieraz zasypiała w dżinsach. Mówiłem jej, żeby pogadała z bratem, żeby podzielili opiekę. A ona tylko: „Daj spokój, po co awantura, tata się będzie denerwował”.
I ja też odpuszczałem. Bo szczerze? Liczyłem, że ojciec to widzi. Że jak przyjdzie co do czego, to przynajmniej potraktuje ją fair. Wstyd mi teraz, ale tak, myślałem też praktycznie. Że może kiedyś sprzedamy to mieszkanie, spłacimy kawałek hipoteki, dzieci będą miały łatwiej. Nie mówiłem tego głośno, ale to siedziało mi z tyłu głowy.
Najgorsze zaczęło się jeszcze przed śmiercią teścia. Kasia była już na skraju. Ojciec po drugim udarze praktycznie nie wstawał. Potrafił w nocy dzwonić po kilka razy, że pilot spadł, że chce herbaty, że boli go noga, że sąsiad z góry hałasuje i trzeba iść sprawdzić. Kasia jeździła, nawet jak miała gorączkę.
Raz powiedziałem:
„Nie jedź dziś. Naprawdę. Niech Paweł pojedzie.”
Spojrzała na mnie tak, jakbym proponował zostawić dziecko na mrozie.
„Paweł ma spotkanie. Zresztą tata i tak chce mnie.”
Wkurzyłem się.
„No jasne. Ciebie chce do wszystkiego. A Pawła do chwalenia.”
Popłakała się wtedy, a ja zamiast ją przytulić, trzasnąłem szafką w kuchni. Bo też byłem zmęczony. Tylko że moje zmęczenie przy jej było niczym.
Po odczytaniu testamentu wróciliśmy do domu w kompletnej ciszy. Dzieci były u mojej mamy. Kasia zdjęła buty, usiadła na podłodze w przedpokoju i powiedziała:
„Ja chyba całe życie starałam się, żeby tata mnie w końcu zauważył.”
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Potem wyszły rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Paweł od roku miał pełnomocnictwo do konta ojca. To on załatwiał notariusza. Ciotka Basia niby przypadkiem wypaliła przy stypie, że „ojciec chciał zabezpieczyć syna, bo syn sobie lepiej poradzi z majątkiem”. A córka to co? Córka sobie poradzi ze wszystkim, bo zawsze sobie radziła.
Kasia przez dwa tygodnie prawie nie jadła. Chodziła po domu jak cień. W końcu Paweł przyjechał. Stanął w drzwiach z tym swoim miną skrzywdzonego porządnego człowieka.
„Nie chcę wojny. Możemy się dogadać.”
Kasia spojrzała na niego pierwszy raz bez lęku.
„Dogadać? Teraz? Jak taty już nie ma i już nic nie muszę dla was robić?”
„Dla was?”
„Tak, dla was. Dla ciebie, dla ciotek, dla sąsiadek, które mówiły, że dobra córka powinna. Wiecie co? Mam dość bycia dobrą.”
On się zagotował.
„To walcz o zachowek, jak chcesz. Tylko pamiętaj, że ojciec sam podjął decyzję.”
I wtedy Kasia powiedziała coś, czego się po niej nie spodziewałem.
„Będę walczyć. Nie tylko o pieniądze. O to, żebyście w końcu usłyszeli, co mi zrobiliście.”
Po jego wyjściu usiadła przy stole i pierwszy raz od lat nie pojechała do nikogo, niczego nie organizowała, nie oddzwaniała. Zadzwoniła za to do prawniczki. Potem do terapeutki, bo powiedziała, że sama już z tego nie wyjdzie. I chyba wtedy zrozumiałem, że ten testament nie był początkiem wojny o mieszkanie. To był koniec pewnej córki, która całe życie zasługiwała na miłość robotą.
Nie wiem, czy dobrze zrobimy, idąc do sądu. Nie wiem też, czy ja wcześniej bardziej wspierałem Kasię, czy po prostu wygodnie milczałem, bo liczyłem, że jej poświęcenie kiedyś nam się opłaci.
A wy co byście zrobili na jej miejscu? Uciąć rodzinę całkiem, czy jednak walczyć i jeszcze raz wejść w to bagno?