„To nie hotel i nie stołówka” — pękłam, kiedy znowu otworzyłam lodówkę i zobaczyłam pustki po kolejnej imprezie córki
Otworzyłam lodówkę i normalnie mnie zamurowało. W piątek rano zrobiłam większe zakupy w Biedronce, wydałam prawie 400 zł, a w niedzielę wieczorem zostało światło i musztarda. Szynki nie było, sera nie było, jogurtów nie było, pieczywa też nie, nawet soków nie było. A do wypłaty zostało pięć dni.
Weszłam do salonu i mówię do córki:
– Możesz mi wyjaśnić, gdzie jest jedzenie?
A ona siedzi z telefonem i mówi:
– No przyszli znajomi, zjedliśmy trochę.
Trochę. W domu było siedem par butów przy drzwiach, a w zlewie taki stos naczyń, jak po świętach.
Najgorsze było to, że to nie był pierwszy raz. Od kilku miesięcy u nas praktycznie co drugi weekend przewijała się grupa jej znajomych. Nie jacyś źli młodzi, po prostu wpadali, siedzieli do późna, robili tosty, zamawiali czasem coś, ale głównie wyjadali, co było. Chipsy, wędliny, ser, mleko, parówki, pieczywo, owoce. Niby po trochu, ale jak przyjdzie 6–8 osób, to po domu przechodzi huragan.
Mąż zawsze mówił to samo:
– Daj spokój, lepiej niech siedzą u nas niż gdzieś po klatkach.
Albo:
– Przesadzasz, młodzież musi mieć gdzie się spotkać.
Tylko że ta „młodzież” nie robiła zakupów, nie sprzątała i nie słuchała, kiedy mówiłam, żeby chociaż po sobie ogarnęli. A ja wracałam po pracy, liczyłam każdy grosz, bo rata kredytu, czynsz do spółdzielni, prąd, leki dla mojej mamy, i jeszcze miałam udawać, że nic się nie dzieje.
Żeby było uczciwie: sama też sobie to trochę zrobiłam. Na początku się cieszyłam, że córka siedzi w domu, a nie włóczy się po mieście. Robiłam nawet naleśniki, kanapki, herbatę. Chciałam, żeby miała u nas dobrze i żeby jej znajomi mieli normalny dom, bo wiem, że nie wszędzie tak jest. Tylko to się rozlało. Przestałam stawiać granice, bo głupio mi było wyjść na sknerę i zrzędę. A potem już wszyscy się przyzwyczaili, że „mama ogarnie”.
Punktem zapalnym była środa. Wróciłam wcześniej z pracy, bo źle się czułam, i zastałam w domu pięć osób. Córka miała być sama. W piekarniku przypalona pizza, na blacie okruchy, ktoś wylał colę na podłogę. W moim garnku gotował się makaron.
Powiedziałam:
– Kto wam pozwolił ruszać moje rzeczy?
Jeden chłopak się speszył i rzucił:
– Myśleliśmy, że można.
A córka od razu do mnie:
– Mamo, znowu robisz aferę.
I wtedy naprawdę puściły mi nerwy.
– Aferę? To ty robisz z tego domu świetlicę i stołówkę. Ja za to płacę, ja to sprzątam i ja potem słucham, że przesadzam.
Znajomi zamilkli. Dwójka zaczęła się zbierać. Córka trzasnęła drzwiami od swojego pokoju. Wieczorem wrócił mąż i oczywiście usłyszałam:
– Nie mogłaś tego spokojniej załatwić?
Usiadłam przy stole i pierwszy raz powiedziałam wszystko, bez owijania.
– Nie, nie mogłam. Bo ty mówisz, że przesadzam, ale nawet nie wiesz, ile schodzi na samo jedzenie. Ty zrobisz raz w miesiącu zakupy w Lidlu i uważasz, że temat załatwiony. Ja codziennie kombinuję, co ugotować, czy starczy do końca tygodnia, kto ma co na śniadanie. I jeszcze po obcych dzieciach sprzątam.
Mąż się obruszył:
– Obcych? Przecież to znajomi naszej córki.
– To może od jutra ty im funduj i po nich sprzątaj – odpowiedziałam.
On wtedy zamilkł, ale córka weszła i zaczęła płakać.
– Czyli moi znajomi są u nas niemile widziani? Super, dzięki.
– Nie o to chodzi – powiedziałam. – Tylko o to, że ja w tym domu też mieszkam. I mam dość bycia niewidzialną.
Chyba pierwszy raz powiedziałam to na głos i sama się popłakałam. Bo prawda jest taka, że nie chodziło już tylko o jedzenie. Tylko o to, że wszyscy brali moją pracę jako coś oczywistego. Czyste ręczniki same się nie piorą, zupa sama się nie gotuje, a lodówka sama się nie zapełnia.
Wtedy wyszła jeszcze jedna rzecz. Córka powiedziała:
– Ale tata mówił, że nie ma problemu, że mogę zapraszać.
Spojrzałam na męża.
– Czyli ustalałeś to za moimi plecami?
On od razu:
– Bo wiedziałem, że będziesz marudzić.
I to mnie zabolało chyba najbardziej. Nie to, że dzieciaki zjadły ser czy szynkę, tylko że we własnym domu zostałam sprowadzona do roli tej, co ma nie marudzić i robić swoje.
Następnego dnia zrobiłam coś, czego wcześniej bym nie zrobiła. Napisałam kartkę i powiesiłam na lodówce: „Goście tylko po uzgodnieniu. Maksymalnie 2 osoby w tygodniu i 4 w weekend. Każdy sprząta po sobie. Jedzenie z domowych zakupów nie jest dla grupy znajomych. Jeśli robicie posiadówkę, składacie się sami.” Potem usiadłam z nimi i powiedziałam, że to nie jest prośba, tylko zasady.
Była awantura.
– Traktujesz mnie jak dziecko – powiedziała córka.
– Bo zachowujesz się jakbyś mieszkała sama – odpowiedziałam.
Mąż mruknął:
– Trochę przesada z tą kartką.
To mu powiedziałam:
– To ty przez najbliższy miesiąc robisz zakupy, planujesz obiady i pilnujesz, żeby starczyło do końca miesiąca. Zobaczymy, czy to dalej przesada.
I ku mojemu zdziwieniu zgodził się. Chyba dopiero jak poszedł dwa razy po „drobne zakupy” i zostawił w kasie ponad 200 zł, to zobaczył, o czym mówię. W sobotę sam zwrócił córce uwagę, kiedy przyszło do niej sześć osób.
– Umawialiśmy się inaczej. Cztery osoby i najpierw ogarnijcie po sobie kuchnię.
Córka była obrażona jeszcze kilka dni, ale potem przyszła i powiedziała:
– Dobra, może przesadziłam. Po prostu wszyscy zawsze siedzieli u nas i myślałam, że ci to nie przeszkadza aż tak.
Powiedziałam jej szczerze:
– Bo za długo udawałam, że daję radę.
Teraz jest trochę lepiej. Nie idealnie, bo dalej muszę przypominać, dalej czasem mnie nosi, a córka dalej próbuje naginać zasady. Mąż też nie stał się nagle wzorem domowego ogarniania. Ale przynajmniej już nie słyszę, że wymyślam, i nie ma codziennie najazdu na lodówkę.
Mam tylko z tyłu głowy, że może powinnam była zareagować wcześniej i spokojniej, zamiast kisić to w sobie, aż wybuchłam przy obcych ludziach. Z drugiej strony, gdybym znowu odpuściła, to nic by się nie zmieniło. Jak wy byście to ustawili na moim miejscu?