Odmówiłam wyjazdu z rodziną partnera i usłyszałam, że „znowu robię problem”. Czy naprawdę przesadzam?

„Ja z nimi nie jadę. Możesz się obrazić, możesz pojechać sam, ale ja nie jadę” – powiedziałam to w kuchni, stojąc przy zlewie, bo wiedziałam, że jak usiądę, to zacznę się tłumaczyć i znowu odpuszczę.

Partner spojrzał na mnie i od razu było widać, że jest zły.
– Serio? Znowu musisz robić taki numer przed urlopem?
– To nie jest numer. Po prostu nie chcę drugi raz przechodzić przez to samo.
– Przesadzasz. Było trochę nerwowo, ale to normalne, jak jedzie dużo osób.

No więc nie, dla mnie to nie było „trochę nerwowo”. Rok temu pojechałam z nim, jego rodzicami, siostrą z dzieckiem i jeszcze bratem na tydzień nad morze, do Władysławowa. Miało być taniej „na kilka osób”, rodzinnie, miło. W praktyce od pierwszego dnia wyszło, że ja i partner dokładamy najwięcej, bo „wy zarabiacie najlepiej” i „przecież nie będziemy liczyć każdej złotówki”. Tylko jakoś te złotówki głównie wychodziły z naszego konta.

Najpierw zaliczka za apartament, bo teść „odda później”. Potem zakupy w Biedronce i w Żabce, bo ktoś nie miał drobnych, ktoś zapomniał portfela, ktoś mówił: „weź teraz, rozliczymy się na koniec”. Na koniec oczywiście nikt niczego nie rozliczał, bo atmosfera była taka, że jak próbowałam wrócić do tematu, to robiłam z siebie sknerę.

Ale pieniądze to nawet nie było najgorsze. Najgorsze było to, że przez cały ten wyjazd nie miałam chwili spokoju. Jak chciałam rano posiedzieć sama z kawą, to słyszałam:
– O, księżniczka się odcina od rodziny.
Jak powiedziałam, że nie mam ochoty iść codziennie razem na smażalnię, bo mnie nie stać na takie wydawanie, to usłyszałam od jego matki:
– Na wakacjach się nie liczy, trzeba umieć żyć.
A jak jednego dnia chciałam zostać w apartamencie, bo bolała mnie głowa, to siostra partnera powiedziała przy wszystkich:
– Jak ktoś nie lubi ludzi, to po co w ogóle jedzie?

Partner wtedy prawie w ogóle nie reagował. Jak mu wieczorem mówiłam, że jest mi przykro, to odpowiadał:
– Daj spokój, taki mają styl. Nie bierz wszystkiego do siebie.
Tylko że to ja byłam tą osobą, która pilnowała dziecka, kiedy oni siedzieli przy piwie, to ja zmywałam, bo „ty i tak robisz to najszybciej”, i to do mnie były teksty, że jestem sztywna, bo nie mam ochoty siedzieć do pierwszej w nocy i potem od rana latać po bułki.

I tu też nie będę robić z siebie świętej. Bo ja wtedy nic jasno nie powiedziałam. Uśmiechałam się, zaciskałam zęby, a wieczorem wyładowywałam się na partnerze. Raz przy stole palnęłam, że „jak wszyscy tacy oszczędni, to może niech każdy płaci za siebie”, i od razu zrobiła się awantura. Jego ojciec stwierdził, że jestem niewychowana, a ja zamiast to spokojnie uciąć, wyszłam trzaskając drzwiami. Więc tak, ja też dołożyłam swoje.

Po powrocie obiecałam sobie, że więcej na taki wyjazd nie pojadę. Tylko potem temat przycichł, życie wróciło do normy, a ja też nie dopilnowałam jednego – nie usiedliśmy z partnerem i nie przegadaliśmy tego porządnie. On uznał, że mi przeszło, a ja uznałam, że on sam zrozumiał. No i teraz jego rodzina znowu wymyśliła wspólny tydzień, tym razem w Ustce, i znowu padło: „Będzie taniej, jak weźmiemy większy domek”.

Powiedziałam od razu, że beze mnie. I wtedy zaczęło się na serio.
– Co ja mam im powiedzieć? – zapytał partner.
– Prawdę. Że nie chcę jechać.
– Super, będę wyglądał jak idiota. Oni już zakładają, że jedziemy.
– To niech nie zakładają za mnie.
– Nie możesz raz odpuścić dla świętego spokoju?
– Ja właśnie chcę świętego spokoju.

Przez dwa dni prawie się do siebie nie odzywaliśmy. Potem jego matka zadzwoniła do niego, a on chyba poszedł do drugiego pokoju, ale i tak słyszałam kawałki.
– No trudno… nie, ja jej nie zmuszę… nie, nie chodzi o pieniądze…
Po rozmowie powiedział, że jego matka jest jej przykro, bo „zawsze mnie traktowała jak rodzinę”. Tylko szczerze? Właśnie problem w tym, że traktowała mnie jak rodzinę w najgorszym polskim znaczeniu: masz pomóc, dołożyć, nie marudzić i jeszcze być wdzięczna.

Ale później wyszło coś jeszcze. Partner przyznał, że jego rodzice są teraz w słabszej sytuacji finansowej, bo ojciec miał mniej zleceń i oni liczyli, że wspólny wyjazd naprawdę obniży koszty. I że jemu też jest ich zwyczajnie szkoda. I tu mnie przytkało, bo wcześniej przedstawiał to jak zwykłe rodzinne wakacje, a nie trochę akcję ratunkową pod przykrywką urlopu. Powiedziałam mu:
– To czemu mi tego nie powiedziałeś normalnie?
A on:
– Bo wiedziałem, że od razu pomyślisz, że znowu macie sponsorować.
I miał rację, dokładnie tak bym pomyślała.

Tylko że z drugiej strony to też nie jest fair wobec mnie. Bo ja od miesięcy odkładam na swój urlop, mam dość pracy, ledwo dopinam budżet, a perspektywa tygodnia, gdzie znowu mam się pilnować, żeby nikogo nie urazić, i jeszcze pewnie dopłacać, po prostu mnie psychicznie rozwala. Powiedziałam, że jeśli chce jechać sam i dołożyć swoim rodzicom ze swoich pieniędzy, to nie będę mu zabraniać. Ale ja w to nie wchodzę.

On z kolei mówi, że w związku powinniśmy czasem robić rzeczy dla siebie nawzajem i że on też wiele razy jeździł do mojej rodziny na imieniny, chrzciny czy święta, choć nie miał ochoty. Tylko dla mnie obiad u mojej mamy to nie to samo co tydzień w jednym domku, bez prywatności i z wiecznym napięciem.

Na dziś stanęło na tym, że on jeszcze nie wie, czy pojedzie sam, a ja czuję ulgę pomieszaną z poczuciem winy. Bo wiem, że on jest między mną a swoją rodziną i wcale nie ma łatwo. Ale też pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że jak teraz odpuszczę, to już zawsze będę odpuszczać.

Może ktoś był w podobnej sytuacji? Sama nie wiem, czy dobrze stawiam granicę, czy po prostu za bardzo się zaparłam.