Kiedy powiedziałam matce, że nie wezmę jej do siebie, przestała się odzywać
– Czyli co, zostawisz ją obcym ludziom? – mama trzasnęła kubkiem o blat tak mocno, że herbata chlapnęła na ceratę. – Własną babcię.
Stałam w jej kuchni w bloku na osiedlu w Radomiu i już mi ręce latały ze złości.
– Obcym? Mamo, dom pomocy to nie więzienie. Są też opiekunki, dzienny dom pobytu, MOPS, cokolwiek. Ja pracuję po dziesięć godzin, mam dwa pokoje na kredyt i siedmioletnie dziecko. Gdzie ja mam babcię wstawić? Do łazienki?
– Jakoś inni potrafią zająć się rodziną.
– To niech się zajmą ci inni.
Powiedziałam to specjalnie, wrednie. Bo od dwóch tygodni słyszałam tylko, że „ja mam najlepsze warunki”, „ja jestem najmłodsza”, „ja mam pracę zdalną”, jakby praca zdalna znaczyła, że mogę między mailem a Excelem zmieniać pieluchy osobie po udarze.
Babcia po drugim udarze już prawie nie chodziła, myliły jej się dni, kilka razy odkręciła gaz. Do tej pory siedziała u mamy, ale mama pracuje w szkolnej stołówce i od rana jej nie ma. Mój brat Paweł jeździ tirem po Niemczech, ciotka Ela od lat w Bydgoszczy i zawsze „nie może przyjechać”. No i zostałam ja, bo mieszkam najbliżej, w Warszawie, niby „ogarnięta”.
Jak wróciłam do domu, mój mąż Bartek nawet nie zdjął kurtki, tylko zapytał:
– I co?
– To samo. Mam rzucić wszystko i wziąć babcię do siebie, bo inaczej jestem potworem.
Usiadł ciężko przy stole.
– Magda, ja ci pomogę, ale ty wiesz, że to rozwali wszystko. Maja się boi takich rzeczy, ja mam budowy po całym mieście, ciebie ledwo widzimy. Nie udźwigniemy tego.
I wtedy się poryczałam, ze złości bardziej niż ze smutku. Bo dokładnie to myślałam, tylko bałam się wypowiedzieć na głos. Że nie chcę. Że po prostu nie chcę mieć w domu chorej osoby 24 godziny na dobę. I już samo to brzmiało podle.
Dwa dni później mama przysłała mi zdjęcie. Kartka z zeszytu babci. Krzywe pismo: „Madzia mnie nie chce”.
Normalnie mnie zamurowało. Zadzwoniłam od razu.
– Po co ty mi to wysłałaś?
– Żebyś wiedziała, jak ona to przeżywa.
– Babcia nawet nie wie, jaki jest miesiąc.
– Ale wie, kto jej odmawia.
Rozłączyłam się. Potem przez pół nocy patrzyłam w sufit i miałam wyrzuty sumienia takie, że mnie ściskało w brzuchu.
W weekend pojechałam do Radomia jeszcze raz. Chciałam pogadać spokojnie, bez awantury. Babcia siedziała w fotelu, chudsza strasznie. Jak mnie zobaczyła, złapała mnie za rękę i powiedziała:
– Ty mnie zabierzesz, co?
Nie odpowiedziałam od razu. Mama stała w drzwiach i patrzyła.
– Zobaczymy, babciu.
Mama prychnęła.
Później, jak babcia zasnęła, przeglądałam z mamą dokumenty, bo trzeba było ogarnąć lekarza, recepty, orzeczenie o niepełnosprawności. I wtedy wyszło coś, o czym nie miałam pojęcia. Mama powiedziała niby od niechcenia:
– Tak w ogóle, to mieszkanie po babci i tak miało być dla ciebie. Ona od dawna tak mówi.
Spojrzałam na nią.
– Jakie mieszkanie? To komunalne, mamo.
– Nie to. To po dziadku na Ustroniu. Tylko że formalnie jeszcze nieprzepisane.
Mnie aż zatkało. Dziadek miał małe mieszkanie własnościowe, które po jego śmierci „się podobno jeszcze nie wyjaśniło”. Tak mi mówiono od lat. A tu nagle, że miało być dla mnie?
– To czemu nikt mi nic nie powiedział?
Mama wzruszyła ramionami.
– Bo zawsze był chaos. Ale babcia chciała, żebyś ty miała, bo ty jej pomagałaś po operacji.
I nagle wszystko mi się poskładało w bardzo brzydki obraz. Że może oni nie proszą mnie o pomoc tylko z serca, ale też dlatego, że już mnie wpisali w jakiś niepisany układ: dostaniesz mieszkanie, to teraz płać opieką.
Wieczorem zadzwoniłam do ciotki Eli. Odebrała od razu, jakby czekała.
– Wreszcie dzwonisz – powiedziała. – Co ci Irena nagadała?
– Że mieszkanie dziadka miało być dla mnie.
Ela się roześmiała, ale tak gorzko.
– Oczywiście. A powiedziała ci, że dwa lata temu babcia podpisała pełnomocnictwo twojej mamie? I że mama już próbowała to mieszkanie sprzedać, tylko notariusz kazał załatwić sprawy spadkowe po ludzku?
Miałam ciarki.
– Co?
– Magda, ja nie mówię, że twoja matka jest potworem. Ona naprawdę siedzi z babcią i ma ciężko. Ale nie daj sobie wmówić, że chodzi tylko o miłość. Tam chodzi też o kasę. Pewnie chce, żebyś wzięła babcię, a ona ogarnie mieszkanie.
Siedziałam z telefonem i nie wiedziałam, co myśleć. Bo z jednej strony Ela od zawsze była obrażona na mamę i też mogła podkręcać. Z drugiej, mama naprawdę nigdy mi o tym nie wspomniała.
Następnego dnia zapytałam wprost.
– Chciałaś sprzedać mieszkanie po dziadku?
Mama najpierw zbladła, potem się wściekła.
– Ela cię podjudza. Tak, pytałam notariusza. I co z tego? Wiesz, ile kosztują leki, pampersy, rehabilitacja? Myślisz, że z mojej pensji w stołówce wszystko opłacę?
– To czemu mi nie powiedziałaś?
– Bo zaraz by było, że czyham na majątek! A ja od dwóch lat nie mam życia. Dwóch lat! Ty przyjedziesz na dwie godziny i mówisz o granicach.
To było chyba najgorsze, bo ona nie kłamała. Naprawdę wyglądała jak wrak. Schudła, podkrążone oczy, ręce popękane od ciągłego mycia. I ja nagle zobaczyłam nie manipulatorkę, tylko kobietę, która już ledwo stoi, a jednocześnie kombinuje, skąd wziąć pieniądze i pomoc. Tylko że robi to tak, że człowiek ma odruch ucieczki.
Usiadłyśmy w końcu bez darcia się. Pierwszy raz.
– Nie wezmę babci do siebie – powiedziałam. – I mówię to jasno. Ale mogę płacić za opiekunkę trzy razy w tygodniu. Mogę załatwić prywatną konsultację geriatryczną, ogarnąć formalności w MOPS-ie, złożyć wniosek o świadczenie wspierające. Mogę przyjeżdżać co drugi weekend. Więcej nie dam rady.
Mama długo nic nie mówiła.
– A jak ludzie będą gadać? – rzuciła w końcu cicho.
I to mnie aż zabolało bardziej niż te wszystkie wcześniejsze teksty.
– Mamo, ludzie nie przyjdą jej przewinąć o trzeciej nad ranem.
Po tygodniu zatrudniłyśmy opiekunkę z agencji z Radomia. Nie idealną, jedną już zmieniałyśmy. Ciotka Ela dorzuca się trochę, choć dalej dogryza mamie przy każdej okazji. Paweł przysyła pieniądze z trasy i obiecuje, że po wakacjach zjedzie na dłużej, ale zobaczymy. Mieszkanie po dziadku nadal nieogarniete, sprawa u notariusza i pewnie jeszcze będą kłótnie.
Mama ze mną rozmawia, ale chłodno. Babcia raz mnie poznaje, raz nie. Ostatnio, jak wychodziłam, powiedziała: „Ty zawsze byłaś uparta po ojcu”. I nawet nie wiem, czy to był wyrzut, czy komplement.
Szczerze, dalej mam wyrzuty sumienia. Jak wracam do swojego mieszkania, zamykam drzwi i jest cicho, to czasem myślę, że po prostu uciekłam. A czasem, że gdybym się zgodziła, rozwaliłabym własny dom i jeszcze wszystkich znienawidziła. Nie wiem, co tu jest bardziej przyzwoite. Wy na moim miejscu wzięlibyście babcię do siebie, czy postawili granicę i żyli z tym, że rodzina będzie was oceniać?