Dlaczego zawsze ja płacę? – Opowieść o miłości, pieniądzach i granicach własnej wartości
– Znowu ty płacisz? – głos mojej mamy przebił się przez szum w mojej głowie, kiedy po raz kolejny wróciłam do domu po spotkaniu z Michałem. Stałam w kuchni, opierając się o blat, a w dłoniach ściskałam rachunek z restauracji. 187 złote. Za nas dwoje. Za jego ulubione steki, za moje skromne risotto, za wino, które wybrał, bo „przecież dziś piątek, trzeba uczcić weekend”.
– Mamo, proszę cię, nie zaczynaj – odpowiedziałam cicho, choć w środku aż się gotowałam. Wiedziałam, że ma rację. Wiedziałam to od dawna, ale za każdym razem, gdy próbowałam poruszyć ten temat z Michałem, kończyło się na jego żartach albo obrażonych minach.
– To nie jest normalne, Aniu – mama nie dawała za wygraną. – On powinien się starać, a nie tylko korzystać z twojej dobroci.
Wyszłam z kuchni, zostawiając ją z jej troską i moim wstydem. Usiadłam na łóżku w swoim pokoju i zaczęłam rozmyślać. Od kiedy to się zaczęło? Może już na samym początku, kiedy Michał zapomniał portfela na pierwszej randce. Wtedy uznałam to za urocze nieporozumienie. Potem były kolejne „przypadki”: zgubiona karta, nieoczekiwane wydatki, „wiesz, teraz mam trudny miesiąc”.
Pamiętam, jak kiedyś, po roku związku, zapytałam go wprost:
– Michał, może tym razem ty zapłacisz za kino?
Spojrzał na mnie zaskoczony, jakbym właśnie zaproponowała mu coś nieprzyzwoitego.
– Kochanie, przecież wiesz, że teraz mam ciężko w pracy. Poza tym, ty zarabiasz więcej, to chyba normalne, że się dzielisz, nie?
Wtedy jeszcze wierzyłam, że to przejściowe. Że jak tylko Michał stanie na nogi, wszystko się wyrówna. Ale mijały miesiące, potem lata, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że nie tylko płacę za kolacje, kino, wyjazdy, ale też za jego rachunki, czasem nawet za jego telefon. Zawsze miał jakieś wytłumaczenie. A ja? Ja miałam coraz większy żal do siebie.
Najgorsze były święta. W mojej rodzinie to czas, kiedy wszyscy się spotykają, dzielą opłatkiem, rozmawiają. Michał zawsze przychodził z pustymi rękami. Mama piekła ciasta, tata kupował wino, ja przygotowywałam prezenty dla wszystkich. Michał? On mówił, że „nie lubi komercji” i „najważniejsze są chwile razem”.
Pewnego razu, podczas Wigilii, mój brat Tomek nie wytrzymał:
– Michał, a ty co przyniosłeś w tym roku? – zapytał z przekąsem.
Michał tylko się uśmiechnął:
– Swoje towarzystwo, a to przecież bezcenne, nie?
Wszyscy się zaśmiali, ale ja poczułam, jak coś we mnie pęka. Po tej Wigilii długo nie mogłam zasnąć. Patrzyłam w sufit i zastanawiałam się, czy to ja jestem zbyt wymagająca, czy może po prostu ślepa.
Kiedyś, podczas jednej z naszych kłótni, wykrzyczałam:
– Czy ty w ogóle mnie kochasz, czy tylko korzystasz z tego, że zawsze ci pomogę?
Michał spojrzał na mnie z wyrzutem:
– Jak możesz tak mówić? Przecież jestem z tobą, nie? Gdyby mi nie zależało, już dawno bym odszedł.
Ale czy to wystarczało? Czy obecność to wszystko, czego powinnam oczekiwać od partnera?
Zaczęłam rozmawiać o tym z przyjaciółkami. Kasia powiedziała wprost:
– Anka, on cię wykorzystuje. Zasługujesz na kogoś, kto będzie cię szanował, a nie tylko brał.
Ale ja nie chciałam słuchać. Bałam się samotności. Bałam się, że jeśli odejdę, już nigdy nie znajdę nikogo, kto mnie pokocha. W końcu tyle lat razem, tyle wspólnych wspomnień…
Jednak z każdym kolejnym miesiącem czułam się coraz gorzej. Moja samoocena spadała, a ja coraz częściej płakałam po nocach. Zaczęłam mieć problemy w pracy, bo nie mogłam się skupić. Szefowa zauważyła, że coś jest nie tak.
– Aniu, czy wszystko w porządku? – zapytała pewnego dnia.
Chciałam odpowiedzieć, że tak, ale głos mi się załamał. Wybiegłam do łazienki i tam, po raz pierwszy od dawna, pozwoliłam sobie na łzy.
Wróciłam do domu i zastałam Michała na kanapie, grającego na konsoli. Na stole leżały puste opakowania po pizzy, którą zamówiłam rano, zanim wyszłam do pracy.
– Hej, kochanie, zamówisz coś na kolację? – zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
Wtedy coś we mnie pękło. Usiadłam naprzeciwko niego i powiedziałam:
– Michał, musimy porozmawiać.
Spojrzał na mnie z niechęcią.
– O co znowu chodzi?
– O nas. O to, że od lat wszystko jest na mojej głowie. Płacę za wszystko, za ciebie, za nasz wspólny czas. Czuję się, jakbym była twoją matką, a nie partnerką.
Michał wzruszył ramionami.
– Przesadzasz. Przecież nie jest tak źle. Poza tym, sama chcesz to robić. Nigdy nie mówiłaś, że ci to przeszkadza.
– Bo się bałam. Bałam się, że jak powiem, to odejdziesz. Ale już nie mogę tak żyć. Czuję się wykorzystywana i niekochana.
Michał milczał przez chwilę, po czym wstał i zaczął zbierać swoje rzeczy.
– Skoro tak uważasz, to może rzeczywiście nie ma sensu tego ciągnąć.
Nie zatrzymałam go. Patrzyłam, jak wychodzi, a potem długo siedziałam w ciszy. Czułam ulgę, ale też ogromny smutek. Przez kolejne dni nie mogłam jeść, spać, funkcjonować. Mama przychodziła do mnie codziennie, przynosiła zupę, próbowała pocieszać.
– Aniu, jesteś silna. Poradzisz sobie. Lepiej być samej niż z kimś, kto cię nie szanuje.
Ale ja nie czułam się silna. Czułam się pusta. Przez kilka tygodni żyłam jak w letargu. Praca, dom, łóżko. Nic więcej. Przyjaciółki próbowały mnie wyciągnąć na miasto, ale nie miałam na to siły.
Pewnego dnia, kiedy wracałam z pracy, spotkałam Tomka, mojego brata. Zatrzymał mnie na ulicy.
– Anka, musisz przestać się obwiniać. To nie twoja wina, że trafiłaś na kogoś, kto nie potrafił cię docenić. Ale teraz masz szansę zacząć od nowa.
Te słowa coś we mnie poruszyły. Zaczęłam powoli wracać do siebie. Zapisałam się na jogę, zaczęłam czytać książki, które zawsze chciałam przeczytać. Zaczęłam spotykać się z ludźmi, rozmawiać, śmiać się. Zrozumiałam, że przez lata pozwalałam, by ktoś inny decydował o mojej wartości.
Dziś, kiedy patrzę w lustro, widzę kobietę, która przeszła przez piekło, ale wyszła z niego silniejsza. Wiem, że zasługuję na szacunek, na miłość, na partnerstwo. I wiem, że już nigdy nie pozwolę, by ktoś traktował mnie jak bankomat.
Czasem jeszcze wracam myślami do Michała. Zastanawiam się, czy kiedyś zrozumie, co stracił. Ale już nie czekam na jego telefon, nie liczę na przeprosiny. Teraz to ja jestem najważniejsza.
Czy naprawdę trzeba stracić wszystko, żeby zrozumieć swoją wartość? Czy miłość bez wzajemności i szacunku to jeszcze miłość? Co wy o tym myślicie?