Mąż odszedł, a ona tylko się uśmiechnęła – historia Zosi i Michała

– Chryste, jak się męczę z tą sytuacją! – Michał pobrzękiwał grzankami, przemierzając kuchnię z udręki. Kolejny dzień kończył się tą samą tęsknotą i ciszą. Zdjął okulary, czując, że wszystko łączy się w monotonny cień. Stałam nad piecykiem, rozdzielając kanapki z majonezem. Głośniej pociągnęłam łyżką z miski, jakby to miało zagłuszyć jego narzekania.

– No i co teraz, kochanie? – zapytałam, nie patrząc mu w oczy. W moim głosie nie było już czułości. Była tylko zmęczona rezygnacja.

Michał westchnął ciężko i usiadł przy stole. Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby próbował sobie przypomnieć, kim jestem. Albo kim byłam kiedyś – zanim wszystko się popsuło.

– Nie wiem – odpowiedział w końcu. – Może powinniśmy… może powinniśmy to zakończyć.

Nie odpowiedziałam od razu. W kuchni było słychać tylko tykanie zegara i szum lodówki. Przez okno wpadało blade światło listopadowego popołudnia. Pomyślałam wtedy: „To już? Tak po prostu? Po tylu latach?”

Ale nie płakałam. Nie krzyczałam. Tylko się uśmiechnęłam. Delikatnie, jakbym chciała go uspokoić. Albo siebie.

Michał spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Ty nic nie powiesz? – zapytał cicho.

– A co mam powiedzieć? – wzruszyłam ramionami. – Przecież od dawna już nie jesteśmy razem. Mieszkamy obok siebie, ale każdy w swoim świecie.

Wiedziałam, że to prawda. Ostatnie miesiące były pasmem cichych dni, niedopowiedzianych pretensji i rozmów o niczym. Michał coraz częściej wracał późno z pracy. Ja coraz częściej zasypiałam na kanapie z książką, żeby nie musieć z nim rozmawiać.

Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Pamiętam nasze pierwsze wspólne mieszkanie na Pradze – stare meble po babci, wiecznie cieknący kran i śmiech do późnej nocy. Potem pojawiły się dzieci: Antek i Marysia. Przez chwilę wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu.

Ale życie nas przerosło. Michał zaczął pracować coraz więcej, ja utknęłam w domu z dziećmi i codziennością. Zazdrościłam mu tej wolności, którą miał poza domem – spotkań z kolegami, delegacji, nawet korków na trasie do pracy.

On z kolei zarzucał mi, że jestem wiecznie zmęczona i nie mam dla niego czasu. Że dom jest bałaganem, dzieci rozwrzeszczane, a ja sama zaniedbana i zgorzkniała.

– Może gdybyś czasem się postarała… – rzucił kiedyś podczas kłótni.

– Może gdybyś czasem docenił to, co masz… – odpowiedziałam wtedy przez łzy.

Od tamtej pory coś w nas pękło. Każdy dzień był tylko powtórką poprzedniego: śniadanie w milczeniu, praca, obowiązki, wieczorne wiadomości w telewizji i osobne łóżka.

Dzieci wyczuwały napięcie. Marysia zaczęła moczyć się w nocy, Antek zamknął się w sobie i coraz częściej znikał z domu pod pretekstem nauki u kolegi.

Wiedziałam, że tak dłużej być nie może. Ale nie miałam siły nic zmienić.

Aż do tego dnia.

Michał spakował walizkę bez słowa. Dzieci były u babci na weekendzie. Patrzyłam, jak zamyka za sobą drzwi i przez chwilę miałam ochotę pobiec za nim, zatrzymać go, błagać o jeszcze jedną szansę.

Ale nie zrobiłam tego.

Zamiast tego usiadłam przy stole i zaczęłam płakać. Cicho, bezgłośnie, jakby łzy mogły wypłukać ze mnie cały ból ostatnich lat.

Wieczorem zadzwoniła mama.

– Zosiu, wszystko w porządku?

– Tak, mamo – skłamałam automatycznie.

– Michał dzwonił do taty… Powiedział, że się wyprowadził.

– Tak wyszło – odpowiedziałam tylko.

Mama milczała przez chwilę.

– Chcesz przyjechać do nas na noc?

– Nie… Chcę być sama.

Po raz pierwszy od lat poczułam ulgę. Cisza w mieszkaniu była inna niż zwykle – nie bolała już tak bardzo. Była spokojna, kojąca.

Następnego dnia dzieci wróciły do domu. Marysia rzuciła mi się na szyję i zapytała:

– Gdzie tata?

– Tata musiał wyjechać na jakiś czas – odpowiedziałam łagodnie.

Antek spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Pokłóciliście się?

Przytaknęłam głową.

– Ale to nie wasza wina – dodałam szybko. – Czasem dorośli też się gubią.

Przez kolejne dni próbowałam nauczyć się żyć na nowo. Rano robiłam dzieciom śniadanie, odprowadzałam je do szkoły i szukałam pracy przez internet. Wieczorami czytałam książki albo chodziłam na długie spacery po parku Skaryszewskim.

Czułam strach przed przyszłością – przed samotnością, przed tym, czy dam sobie radę finansowo i emocjonalnie. Ale czułam też coś jeszcze: nadzieję.

Zaczęłam spotykać się z sąsiadką Kasią na kawie. Opowiadała mi o swoim rozwodzie sprzed lat i o tym, jak długo dochodziła do siebie po rozstaniu z mężem alkoholikiem.

– Najtrudniejsze są pierwsze tygodnie – mówiła. – Potem zaczynasz widzieć świat inaczej.

Miała rację. Z każdym dniem było trochę łatwiej oddychać.

Michał dzwonił czasem do dzieci. Rozmawialiśmy krótko i rzeczowo: o alimentach, o terminach spotkań z dziećmi, o sprawach urzędowych. Nie było już miejsca na wyrzuty czy żale.

Pewnego wieczoru Antek zapytał:

– Mamo… A ty jesteś teraz szczęśliwa?

Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią.

– Jeszcze nie wiem – powiedziałam szczerze. – Ale myślę, że kiedyś będę.

Patrząc na swoje odbicie w oknie kuchennym zobaczyłam kobietę zmęczoną, ale silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej. Kobietę, która przestała bać się samotności i zaczęła wierzyć w siebie.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę można zacząć wszystko od nowa? Czy da się odbudować siebie po tylu latach życia dla innych? Może właśnie teraz jest ten moment, żeby spróbować…