Gdy teściowa staje się opiekunką: Pięć lat, które zmieniły moje życie
— Znowu nie wzięłaś jej leków! — głos mojej synowej, Magdy, przeszył ciszę kuchni niczym nóż. Stałam przy zlewie, myjąc kubek po porannej kawie, kiedy usłyszałam te słowa. Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko i wybiec z domu, ale wiedziałam, że nie mogę. To był już piąty rok, odkąd zgodziłam się zaopiekować jej mamą, panią Heleną.
Nie pamiętam już dokładnie, kiedy zaczęło się to wszystko. Może wtedy, gdy Magda przyszła do mnie z zapłakanymi oczami i drżącym głosem poprosiła: „Mamo, nie dam rady sama. Mama jest coraz słabsza. Proszę, pomóż mi.” Byłam wtedy świeżo po przejściu na emeryturę. Myślałam, że wreszcie będę mogła odpocząć, zająć się ogrodem, poczytać książki. Ale nie umiałam odmówić. Przecież rodzina jest najważniejsza.
Na początku wydawało się, że to tylko na chwilę. Że pomogę przez kilka tygodni, może miesiąc. Ale choroba pani Heleny postępowała szybko. Najpierw była tylko słabość i zapominanie drobiazgów. Potem przyszły noce bez snu, kiedy błąkała się po domu, szukając nieistniejących rzeczy. Z czasem przestała poznawać nawet własną córkę.
Mój mąż, Andrzej, początkowo wspierał mnie w tej decyzji. Ale z każdym kolejnym miesiącem widziałam w jego oczach coraz więcej zmęczenia i rozczarowania. — To nie jest nasza odpowiedzialność — powtarzał wieczorami. — Magda powinna zająć się swoją matką.
Ale Magda pracowała na dwa etaty. Jej mąż wyjechał za granicę do pracy i wracał tylko na święta. Zostaliśmy więc sami: ja i pani Helena. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Budziłam się o piątej rano, żeby przygotować jej śniadanie i podać leki. Potem kąpiel — zawsze trudna, bo pani Helena bała się wody i krzyczała na cały dom. Po południu spacery po ogrodzie, jeśli pogoda pozwalała. Wieczorem znów leki i próby uspokojenia jej lęków.
Czasem miałam wrażenie, że tracę rozum. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na przechodzących ludzi z zazdrością. Oni mogli żyć swoim życiem — ja byłam więźniem w cudzym domu.
Najgorsze były weekendy. Wtedy Magda przyjeżdżała na kilka godzin i zaczynała się kontrola: — Mama jest niedomyta! Dlaczego ma siniaka na ręce? Czy była dziś na spacerze? — Czułam się jak oskarżona przed sądem. Każde moje tłumaczenie spotykało się z niedowierzaniem albo pretensją.
— Magda, robię co mogę — próbowałam tłumaczyć. — Twoja mama jest coraz słabsza…
— Ale to nie znaczy, że możesz ją zaniedbywać! — przerywała mi ostro.
Wtedy zaczynałam płakać. Po cichu, żeby nikt nie widział. Nawet Andrzej przestał mnie wspierać. Coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem zakupów albo spotkań z kolegami.
Pewnego dnia pani Helena upadła w łazience. Znalazłam ją leżącą na zimnych kafelkach, trzęsącą się z zimna i strachu. Zadzwoniłam po pogotowie i po Magdę. Kiedy przyjechała, rzuciła mi tylko krótkie spojrzenie pełne wyrzutu.
— Gdybyś bardziej uważała…
To był moment przełomowy. Poczułam wtedy coś dziwnego — gniew wymieszany z rozpaczą. Przecież oddałam tej rodzinie wszystko: czas, zdrowie, nawet własne małżeństwo zaczynało się sypać.
Zaczęłam rozmawiać z psychologiem przez telefon. Powiedziała mi jedno zdanie, które utkwiło mi w głowie: „Nie możesz dawać więcej niż masz.” Ale jak to zrobić? Jak powiedzieć „dość”, kiedy wszyscy oczekują od ciebie poświęcenia?
Z czasem relacje w domu stały się jeszcze bardziej napięte. Andrzej zaczął mówić o rozwodzie. Magda coraz rzadziej dzwoniła — chyba miała dość moich narzekań.
Któregoś wieczoru usiadłam przy łóżku pani Heleny i patrzyłam na jej wychudzoną twarz. Była już bardzo słaba, prawie nie mówiła. Wzięłam ją za rękę i poczułam jej delikatny uścisk.
— Dziękuję… — wyszeptała nagle.
Te dwa słowa sprawiły, że łzy popłynęły mi po policzkach. Może nikt inny tego nie widział ani nie docenił, ale ona wiedziała.
Po śmierci pani Heleny długo nie mogłam dojść do siebie. Czułam pustkę i żal — do siebie, do rodziny, do świata. Czy zrobiłam wszystko dobrze? Czy mogłam postąpić inaczej?
Dziś patrzę na te pięć lat jak na najtrudniejszą lekcję mojego życia. Straciłam wiele — zdrowie, spokój, część siebie. Ale nauczyłam się też czegoś ważnego: że miłość do rodziny to nie tylko poświęcenie bez granic. To także umiejętność powiedzenia „nie”, dbania o siebie i szukania wsparcia.
Czasem zastanawiam się: czy gdybym wtedy odmówiła Magdzie, byłabym szczęśliwsza? Czy rodzina potrafi docenić nasze poświęcenie dopiero wtedy, gdy nas zabraknie? Może każdy z nas musi sam znaleźć odpowiedź na to pytanie.