Miłość mojej córki w cieniu rodzinnych burz: Czy powinnam ingerować?
— Mamo, proszę, nie mów już nic więcej! — krzyknęła Ola, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Stałam w przedpokoju, z sercem bijącym jak szalone, czując, jak łzy napływają mi do oczu. To nie pierwszy raz, kiedy nasza rozmowa kończyła się w ten sposób, ale tym razem czułam, że coś się we mnie łamie.
Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie takiej sceny. Pracowałam wtedy w Niemczech, sprzątając domy bogatych rodzin, odkładając każdy grosz z myślą o lepszym życiu dla siebie i Oli. Gdy wróciłam do Polski i kupiłam nasze wymarzone mieszkanie na warszawskim Mokotowie, byłam przekonana, że teraz już wszystko będzie dobrze. Że wreszcie będziemy szczęśliwe.
Ola miała wtedy siedemnaście lat — cicha, zamknięta w sobie, ale zawsze serdeczna i pomocna. Szybko odnalazła się w nowej szkole i poznała Pawła. Był zupełnie inny niż chłopcy, których znała wcześniej: skromny, pracowity, zawsze gotów pomóc. Z początku cieszyłam się z ich znajomości. Widziałam, jak Ola rozkwita przy nim, jak wraca do domu z błyskiem w oku i opowiada mi o wspólnych spacerach po Łazienkach czy wieczorach spędzonych na rozmowach o marzeniach.
Ale kiedy poznałam jego rodzinę, coś mnie zaniepokoiło. Jego matka, pani Teresa, od początku patrzyła na mnie z góry. — Warszawa to nie miejsce dla takich jak my — powiedziała przy pierwszym spotkaniu, zaciągając się papierosem na moim balkonie. — My jesteśmy prości ludzie ze wsi. Tu wszystko jest sztuczne.
Starałam się nie przejmować. Przecież najważniejsze było szczęście Oli. Ale z czasem zaczęły pojawiać się drobne złośliwości: kąśliwe uwagi o mojej pracy za granicą, krytyka mojego mieszkania („Za duże jak na samotną kobietę”), a nawet docinki pod adresem Oli („Za bardzo się wywyższa”). Paweł wydawał się nie dostrzegać tych napięć albo nie chciał ich widzieć. Zawsze tłumaczył matkę: — Ona po prostu tak ma, nie przejmuj się.
Z czasem te drobne konflikty zaczęły narastać. Pani Teresa coraz częściej dzwoniła do Oli z pretensjami: że nie odwiedza ich wystarczająco często, że powinna pomagać w gospodarstwie podczas wakacji, że „Warszawa ją zmienia”. Ola próbowała być lojalna wobec wszystkich — wobec mnie i Pawła, wobec jego rodziny i własnych marzeń. Ale widziałam, jak coraz częściej wraca do domu przygnębiona, jak zamyka się w swoim pokoju i płacze po nocach.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi jej rozmowę telefoniczną:
— Mamo Pawła powiedziała mi dzisiaj, że jestem niewdzięczna i że nigdy nie będę prawdziwą częścią ich rodziny… — szeptała do przyjaciółki.
Serce mi pękało. Chciałam wejść i ją przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziałam też, że każda moja próba rozmowy kończy się kłótnią.
Najgorsze przyszło kilka tygodni później. Paweł poprosił Olę o rękę. Byłam szczęśliwa — widziałam w jej oczach radość i nadzieję na lepszą przyszłość. Ale już podczas zaręczyn pani Teresa rzuciła lodowate spojrzenie i powiedziała: — Obyś wiedziała, na co się piszesz.
Od tego dnia sytuacja tylko się pogarszała. Pojawiły się plotki rozpuszczane przez rodzinę Pawła: że Ola „poluje na mieszkanie”, że „chce go wyrwać ze wsi”, że „jest za dobra na naszą rodzinę”. Paweł coraz częściej stawał po stronie matki. Zaczynał powtarzać jej słowa: — Może rzeczywiście powinniśmy zamieszkać bliżej moich rodziców? Może Warszawa to nie miejsce dla nas?
Ola była rozdarta. Widziałam to każdego dnia: jej milczenie przy śniadaniu, łzy ukradkiem ocierane w łazience, coraz rzadsze uśmiechy. Próbowałam z nią rozmawiać:
— Córeczko, jeśli coś cię boli, możesz mi powiedzieć.
— Mamo, ja muszę sama sobie z tym poradzić — odpowiadała cicho.
Zaczęłam mieć koszmary. Śniło mi się, że Ola odchodzi ode mnie na zawsze, że zostaje sama w obcym domu pełnym ludzi, którzy jej nie akceptują. Budziłam się zlana potem i płakałam do poduszki.
W końcu przyszedł dzień, kiedy musiałam podjąć decyzję. Ola wróciła do domu późno wieczorem, blada i zapuchnięta od płaczu.
— Mamo… Paweł powiedział dzisiaj, że jeśli nie pogodzę się z jego matką, to on nie wie, czy możemy być razem…
Usiadłam obok niej na kanapie i objęłam ją mocno.
— Kochanie… Nie chcę ci mówić, co masz robić. Ale pamiętaj: twoje szczęście jest najważniejsze. Nie pozwól nikomu decydować za ciebie.
Ola spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
— A jeśli stracę Pawła?
— Jeśli ktoś naprawdę cię kocha, będzie walczył o ciebie — odpowiedziałam drżącym głosem.
Przez kolejne dni Ola była jak cień samej siebie. W końcu podjęła decyzję: zerwała zaręczyny. Paweł próbował ją przekonać do powrotu, ale jego matka była nieugięta.
Dziś minął już rok od tamtych wydarzeń. Ola powoli odzyskuje radość życia — studiuje psychologię na UW, ma nowych przyjaciół i znów się uśmiecha. Czasem widzę w jej oczach cień smutku, ale wiem też, że jest silniejsza niż kiedykolwiek.
A ja? Wciąż zadaję sobie pytanie: czy powinnam była bardziej ingerować? Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy matka powinna chronić swoje dziecko za wszelką cenę — nawet jeśli oznacza to rozpad jego marzeń?
Może każda z nas musi przejść przez własną burzę, żeby odnaleźć słońce po drugiej stronie? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?