Zdrada wśród przyjaciół: Historia o tym, jak chciwość potrafi zniszczyć wszystko
Wszystko zaczęło się w środowy poranek, kiedy weszłam do biura i zobaczyłam zapłakaną Anię siedzącą przy swoim biurku. Jej dłonie drżały, a oczy były czerwone od łez. „Ktoś ukradł mi portfel,” wyszeptała, ledwo powstrzymując szloch. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Nasze biuro zawsze wydawało się bezpiecznym miejscem, gdzie największym problemem był brak kawy w ekspresie czy spóźniony raport. Teraz jednak czułam, jakby ktoś wyciągnął spod nóg dywan całej naszej małej społeczności.
Wokół Ani zebrało się kilka osób, próbując ją pocieszyć. Ja jednak czułam narastającą złość. Kto mógł zrobić coś takiego? Przecież wszyscy się tu znaliśmy. Wtedy do pokoju weszła Marta – koleżanka z innego działu, zawsze uśmiechnięta, trochę zbyt pewna siebie. „Co się stało?” zapytała z udawaną troską. Ania tylko pokręciła głową i wyszła do łazienki.
Zaczęłyśmy rozmawiać o tym, kto mógłby być sprawcą. Ktoś rzucił: „Może to ktoś z zewnątrz?” Ale drzwi wejściowe były zamknięte na kartę, a monitoring obejmował tylko korytarz. Wtedy Basia, nasza księgowa, powiedziała coś, co sprawiło, że poczułam dreszcz na plecach: „Widziałam Martę kręcącą się koło twojego biurka, Aniu, kiedy wyszłaś na kawę.” Wszyscy spojrzeli na Martę. Ona tylko wzruszyła ramionami i rzuciła: „Przechodziłam obok, szukałam długopisu.”
Tego dnia nie mogłam się skupić na pracy. W głowie miałam tylko jedno pytanie: czy to możliwe, że Marta mogła zrobić coś takiego? Przecież jeszcze tydzień temu razem śmiałyśmy się na przerwie, rozmawiałyśmy o planach na wakacje. Wieczorem zadzwoniła do mnie Ania. „Ola, ja wiem, że to brzmi paranoicznie, ale Marta ostatnio bardzo dziwnie się zachowuje. Wiesz, że prosiła szefa o podwyżkę? Odmówił jej i była wściekła. Może… może chciała się odegrać?” – jej głos był pełen niepewności.
Następnego dnia atmosfera w biurze była napięta jak nigdy wcześniej. Marta udawała, że nic się nie stało, ale widziałam, jak nerwowo zerka na Anię i mnie. Po południu szef wezwał nas wszystkich na krótkie spotkanie. „Chciałbym przypomnieć o zasadach bezpieczeństwa i wzajemnym zaufaniu,” powiedział chłodnym tonem. „Jeśli ktoś coś wie na temat wczorajszego incydentu, proszę o kontakt.”
Po spotkaniu podeszłam do Marty. „Marta, powiedz mi szczerze – czy ty masz coś wspólnego z tą kradzieżą?” Spojrzała mi prosto w oczy i odpowiedziała: „Ola, jak możesz mnie o to podejrzewać? Przecież jesteśmy koleżankami!” Jej głos był spokojny, ale w oczach zobaczyłam cień strachu.
Wieczorem zadzwoniła do mnie Basia. „Ola, muszę ci coś powiedzieć. Widziałam Martę w szatni – wyciągała coś z torebki Ani i szybko schowała do swojej kieszeni.” Zamarłam. „Jesteś pewna?” zapytałam szeptem. „Tak. Ale boję się powiedzieć o tym szefowi – Marta jest córką jego starego przyjaciela.”
Nie spałam całą noc. Z jednej strony chciałam wierzyć Marcie, z drugiej – dowody zaczynały się układać w całość. Następnego dnia postanowiłam działać. Poszłam do szefa i opowiedziałam mu wszystko, co wiedziałam. Słuchał mnie uważnie, a potem westchnął ciężko: „Olu, wiem, że to trudne, ale musimy to wyjaśnić do końca.” Poprosił Martę na rozmowę.
Po godzinie Marta wyszła z gabinetu blada jak ściana. Spojrzała na mnie z nienawiścią i wyszeptała: „Zniszczyłaś mi życie.” Potem wybiegła z biura.
Tego samego dnia okazało się, że Marta przyznała się do kradzieży. Tłumaczyła się trudną sytuacją finansową i tym, że bardzo potrzebowała pieniędzy na leczenie matki. Szef postanowił nie zgłaszać sprawy na policję pod warunkiem zwrotu pieniędzy i odejścia z pracy.
Wydawało mi się, że wszystko wróci do normy – ale myliłam się. Ania długo nie mogła dojść do siebie po tej zdradzie. Ja też czułam się okropnie – miałam wyrzuty sumienia, że wydałam Martę, choć wiedziałam, że postąpiłam słusznie.
W domu też nie było łatwo. Mój mąż Michał uważał, że nie powinnam była mieszać się w tę sprawę: „To nie twoja rola – po co ci te nerwy?” Moja mama natomiast była ze mnie dumna: „Zawsze byłaś uczciwa – nie mogłaś postąpić inaczej.” Nawet mój młodszy brat Kuba miał swoje zdanie: „Ludzie są różni – czasem trzeba być twardym.” Każdy miał rację na swój sposób.
Minęły tygodnie. W pracy długo jeszcze czuć było napięcie – niektórzy uważali mnie za bohaterkę, inni za donosicielkę. Najbardziej bolało mnie to, że Marta nigdy więcej się do mnie nie odezwała. Czasem widywałam ją na mieście – wyglądała na przygaszoną i samotną.
Pewnego dnia dostałam od niej wiadomość na Messengerze: „Ola, przepraszam za wszystko. Wiem, że zawiodłam wszystkich – najbardziej siebie samą.” Odpisałam jej krótko: „Mam nadzieję, że znajdziesz spokój i zaczniesz od nowa.” Nie wiem, czy kiedykolwiek uda nam się odbudować choćby cień dawnej relacji.
Dziś patrzę na tę historię z dystansem i zastanawiam się: czy naprawdę można komuś zaufać bezgranicznie? Czy warto ryzykować własny spokój dla prawdy? A może czasem lepiej po prostu odwrócić wzrok i pozwolić losowi działać po swojemu? Co wy byście zrobili na moim miejscu?