„Ty nic nie robisz cały dzień!” – Moja walka o szacunek jako matka na urlopie wychowawczym
– Ty nic nie robisz cały dzień! – usłyszałam znowu, kiedy wieczorem, z opuchniętymi oczami i rozczochranymi włosami, próbowałam uspokoić płaczącą Zosię, a na kuchennym stole piętrzyły się brudne naczynia. Stałam w progu kuchni, trzymając córkę na rękach, a mój mąż, Paweł, rzucił mi to zdanie przez ramię, zdejmując buty po powrocie z pracy. Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.
Nie odpowiedziałam od razu. W gardle ścisnęło mnie tak mocno, że nie mogłam wydusić słowa. Zosia zaczęła jeszcze głośniej płakać, a ja czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Paweł westchnął ciężko i poszedł do salonu, zostawiając mnie samą z dzieckiem i moimi myślami.
Każdy mój dzień wyglądał podobnie. Budziłam się przed świtem, bo Zosia miała kolki i spała niespokojnie. O piątej rano już byłam na nogach – przewijałam, karmiłam, tuliłam. Potem szybkie sprzątanie kuchni po wczorajszym dniu, pranie, gotowanie zupy na obiad, prasowanie ubranek. Wszystko w biegu, bo Zosia nie znosiła być sama nawet przez chwilę. Często musiałam ją nosić w chuście, żeby mieć wolne ręce.
Telefon dzwonił rzadko. Moja mama mieszkała daleko, a koleżanki z pracy miały swoje życie. Czułam się coraz bardziej samotna. Czasem próbowałam zadzwonić do Magdy, mojej przyjaciółki jeszcze z liceum, ale ona zawsze była zajęta dziećmi albo pracą. „Odezwę się później!” – mówiła i nigdy nie oddzwaniała.
Paweł wracał z pracy zmęczony i rozdrażniony. Oczekiwał obiadu na stole i ciszy w domu. Kiedy próbowałam mu opowiedzieć o swoim dniu – o tym, że Zosia miała gorączkę albo że znów popsuła się pralka – machał ręką i mówił: „Nie przesadzaj, przecież siedzisz w domu”. Każde takie zdanie wbijało się we mnie jak szpilka.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Zosia spała wyjątkowo długo po południu, a ja usiadłam przy stole z kubkiem zimnej kawy i zaczęłam płakać. Płakałam cicho, żeby jej nie obudzić. Czułam się niewidzialna. Jakby wszystko, co robię – te setki przewiniętych pieluch, ugotowane obiady, wyprane ubranka – nie miało żadnego znaczenia.
Wieczorem Paweł wrócił wcześniej niż zwykle. Zastał mnie siedzącą na podłodze wśród zabawek, z podkrążonymi oczami i rozmazanym makijażem.
– Co się stało? – zapytał bez przekonania.
– Nic – odpowiedziałam automatycznie.
– No przecież widzę, że coś jest nie tak.
– Po prostu jestem zmęczona – powiedziałam cicho.
– Ale czym ty możesz być zmęczona? Przecież siedzisz cały dzień w domu!
Wtedy coś we mnie pękło.
– Myślisz, że to jest siedzenie? Że to urlop? Od rana do nocy jestem sama z dzieckiem! Nie mam czasu nawet się umyć! Wszystko jest na mojej głowie! Ty wracasz i masz gotowy obiad, czysty dom i dziecko wykąpane! Myślisz, że to się samo robi?!
Paweł patrzył na mnie zaskoczony. Chyba pierwszy raz zobaczył mnie naprawdę zdenerwowaną.
– Przesadzasz…
– Nie! To ty przesadzasz! – krzyknęłam przez łzy. – Chciałabym choć jeden dzień zamienić się z tobą miejscami!
Przez chwilę panowała cisza. Zosia zaczęła płakać w swoim łóżeczku. Wstałam i poszłam ją uspokoić, zostawiając Pawła samego z jego myślami.
Następnego dnia postanowiłam nie robić nic ponad absolutne minimum. Nie sprzątałam, nie gotowałam obiadu. Kiedy Paweł wrócił do domu i zobaczył bałagan oraz pustą lodówkę, był wyraźnie niezadowolony.
– Co tu się dzieje?
– To jest właśnie to „nic”, co robię cały dzień – odpowiedziałam spokojnie.
Przez kilka kolejnych dni atmosfera była napięta. Paweł chodził obrażony, ja byłam coraz bardziej przygnębiona. Zaczęłam zastanawiać się, czy to wszystko ma sens. Czy naprawdę jestem tylko „kurą domową”, której praca nie ma żadnej wartości?
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole. Paweł spojrzał na mnie poważnie.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Chyba nie rozumiałem…
– Nie rozumiałeś i nadal nie rozumiesz – odpowiedziałam szczerze. – Ale możesz spróbować.
Zaproponowałam mu weekend sam na sam z Zosią. Zgodził się niechętnie. W sobotę rano wyszłam z domu na kilka godzin – poszłam do fryzjera i na kawę z Magdą. Kiedy wróciłam, Paweł był blady i wykończony.
– Jak ty to robisz codziennie? – zapytał bezradnie.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Po prostu muszę.
Od tego czasu coś się zmieniło. Paweł zaczął bardziej doceniać moją pracę w domu. Zaczął pomagać przy Zosi i częściej pytał, jak się czuję. Ale blizny po tamtych słowach zostały we mnie na długo.
Czasem zastanawiam się: dlaczego tak trudno nam docenić siebie nawzajem? Dlaczego praca matki w domu jest tak niewidzialna? Może ktoś z Was też czuł się kiedyś tak samotny i niezrozumiany?