„Twoja mama robi lepszy bigos, powinnaś do niej zadzwonić po przepis” – historia o rodzinnych ranach, które nie chcą się zagoić
– Twoja mama robi lepszy bigos, powinnaś do niej zadzwonić po przepis – powiedział Marek, patrząc na mnie z tym swoim ironicznym uśmieszkiem. Siedziałam na plastikowym krześle w szpitalnej poczekalni, ściskając w dłoniach kubek zimnej już kawy. Wokół mnie ludzie szeptali, ktoś płakał, ktoś inny nerwowo przewracał strony gazety. Ja patrzyłam w podłogę, próbując nie słyszeć tego wszystkiego. Ale te słowa Marka uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek innego tego dnia.
Nie miałam siły się odezwać. Zresztą, co mogłam powiedzieć? Że nie rozmawiałam z mamą od pięciu lat? Że ostatni raz widziałyśmy się na pogrzebie taty i wtedy padły słowa, których nie da się cofnąć? Że od tamtej pory każde Boże Narodzenie, każda Wielkanoc to dla mnie tylko kolejny dzień do przeżycia, a nie świętowania?
Marek westchnął i odwrócił się do okna. – Przecież to tylko bigos – mruknął. – Nie rozumiem, czemu robisz z tego taki problem.
Zacisnęłam zęby. To nie był tylko bigos. To była cała historia mojego życia – wieczne porównania do mamy, wieczne poczucie, że nigdy nie jestem wystarczająco dobra. Nawet teraz, kiedy czekałam na wiadomości o naszym synu, który trafił do szpitala po wypadku rowerowym, Marek potrafił wbić mi szpilę.
W głowie miałam mętlik. Wspomnienia wracały falami: mama stojąca przy kuchni, jej surowe spojrzenie, kiedy coś mi nie wychodziło; tata próbujący łagodzić napięcia żartem; ja – zawsze gdzieś pomiędzy nimi, niewidzialna. Po śmierci taty wszystko się rozpadło. Mama obwiniała mnie o to, że nie byłam przy nim w ostatnich chwilach. Ja obwiniałam ją o wszystko inne.
– Może powinnaś do niej zadzwonić – powtórzył Marek ciszej. – Może teraz…
Odwróciłam się gwałtownie. – Teraz? Kiedy nasz syn leży na OIOM-ie? Myślisz, że to dobry moment na rodzinne pojednania?
Marek wzruszył ramionami. – Przynajmniej miałabyś kogoś do pogadania. Ja już nie wiem, jak ci pomóc.
Zrobiło mi się zimno. Nie dlatego, że w poczekalni było chłodno – to był ten rodzaj chłodu, który wpełza pod skórę i zostaje tam na długo. Przez chwilę miałam ochotę po prostu wyjść. Zostawić Marka, zostawić szpital, zostawić wszystko.
Ale nie mogłam. Michał był tam, za drzwiami oddziału intensywnej terapii. Mój syn. Nasz syn. Jedyna osoba, dla której jeszcze próbowałam być silna.
Telefon zadzwonił nagle i głośno. Podskoczyłam. To była moja siostra, Anka.
– Ola? Jak Michał? – zapytała bez tchu.
– Nic nowego – odpowiedziałam cicho. – Lekarze mówią, że trzeba czekać.
– Mama pytała o niego…
Zamilkłam. Anka zawsze próbowała być mediatorem między mną a mamą. Ale ja nie chciałam jej słuchać.
– Powiedz jej… powiedz jej, że dam znać, jak coś się zmieni – powiedziałam i rozłączyłam się szybko.
Marek spojrzał na mnie z wyrzutem. – Ona się martwi o wnuka.
– A ja się martwię o syna! – wybuchłam nagle. – I nie mam siły na twoje kazania!
Wszyscy w poczekalni spojrzeli na mnie zaskoczeni. Poczułam rumieniec na twarzy i schowałam głowę w dłoniach.
Przez kolejne godziny siedzieliśmy w milczeniu. Marek przeglądał coś w telefonie, ja patrzyłam na drzwi oddziału jak zahipnotyzowana. W końcu wyszedł lekarz.
– Państwo Nowak? – zapytał.
Podnieśliśmy się razem z Markiem.
– Stan syna jest stabilny – powiedział lekarz spokojnie. – Przeszedł operację bez komplikacji. Teraz najważniejsze są pierwsze godziny po zabiegu.
Poczułam ulgę tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie. Marek objął mnie ramieniem, ale ja odsunęłam się lekko.
– Możemy go zobaczyć? – zapytałam drżącym głosem.
– Na razie tylko przez szybę – odpowiedział lekarz.
Poszliśmy razem korytarzem. Michał leżał podłączony do aparatury, taki mały i bezbronny. Łzy same napłynęły mi do oczu.
Wróciliśmy do poczekalni. Marek poszedł po kawę. Siedziałam sama i patrzyłam na telefon. W końcu wpisałam numer mamy.
Długo nie odbierała. Już chciałam się rozłączyć, kiedy usłyszałam jej głos:
– Ola?
Zaniemówiłam na chwilę.
– Michał miał wypadek… Jest po operacji…
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Przyjadę – powiedziała tylko i rozłączyła się.
Nie wiedziałam, czy tego chcę. Ale może właśnie tego potrzebowałam?
Marek wrócił z kawą i spojrzał pytająco.
– Zadzwoniłaś?
Kiwnęłam głową.
Usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy razem.
Wieczorem przyszła mama. Weszła do poczekalni powoli, jakby bała się zrobić pierwszy krok. Spojrzała na mnie i zobaczyłam w jej oczach łzy.
– Ola…
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.
– Przepraszam – wyszeptała nagle mama. – Za wszystko…
Poczułam, jak pęka we mnie coś twardego i zimnego.
Objęłyśmy się bez słów.
Marek patrzył na nas z boku i chyba pierwszy raz zobaczyłam w jego oczach coś więcej niż irytację czy zmęczenie – zobaczyłam ulgę.
Siedziałyśmy razem całą noc przy szpitalnym oknie, pijąc herbatę z automatu i rozmawiając o wszystkim i o niczym: o dzieciństwie, o tatku, o tym cholernym bigosie…
Czasem trzeba znaleźć się na dnie rozpaczy, żeby zobaczyć wyciągniętą dłoń drugiego człowieka.
Czy naprawdę musimy czekać na tragedię, żeby spróbować wybaczyć? Czy można odbudować to, co wydawało się stracone na zawsze?