„Nie jesteś już tylko tą, która ukryła przyszłego króla…” – Opowieść Amalii z Wesex: o matczynej odwadze, zdradzie i miłości w czasach wojny

– „Nie ruszaj się, Amalia. Jeśli otworzysz drzwi, to już nie będzie odwrotu.”

Słowa Rowana – a może Radosława? – dźwięczały mi w głowie jak dzwon w mroźny poranek. Stałam przy drzwiach mojej chaty na skraju lasu pod Wesexem, z sercem bijącym tak głośno, że bałam się, iż usłyszą je żołnierze stojący za ścianą. W powietrzu czuć było dym i wilgoć. Dzieci spały w kącie pod starą derką. Tylko ja czuwałam – i tylko ja wiedziałam, że pod popielnikiem leży niemowlę, które mogło zmienić losy całego królestwa.

– „Amalia! Otwieraj! Z rozkazu księcia!”

Zacisnęłam palce na klamce. W głowie miałam chaos: czy wydać dziecko i ocalić własne dzieci? Czy zaufać obcemu mężczyźnie, który kilka dni temu zostawił mi niemowlę z płaczem: „Ukryj go. To przyszły król. Jeśli go znajdą, Polska spłonie.”

Otworzyłam drzwi. Przed chatą stało trzech żołnierzy w czerwonych płaszczach. Za nimi – sąsiadka, stara Jadwiga, która patrzyła na mnie z mieszaniną litości i podejrzliwości.

– „Szukamy rycerza w czarnym płaszczu. Był tu?”

– „Nie widziałam nikogo. U nas nikt nie bywa.”

Jeden z żołnierzy wszedł do środka bez pytania. Przeszukał kąty, podniósł derkę z dzieci. Tomasz i Helenka spojrzeli na mnie z przerażeniem. Wtedy spod popielnika dobiegł cichy płacz.

– „Co to?”

– „Sierota po siostrze. Chora jest, zostawiła mi go na kilka dni.”

Żołnierz spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nie miał dowodów. Wyszedł bez słowa. Gdy drzwi się zamknęły, upadłam na kolana i przycisnęłam niemowlę do piersi.

– „Już dobrze, maleńki. Już dobrze…”

Ale nic nie było dobrze.

Wioska huczała od plotek: że król umiera, że książę Jan chce przejąć władzę, że gdzieś ukryto królewskiego potomka. Każdy dzień był walką o przetrwanie – o chleb, o ciszę, o to, by nikt nie zauważył dodatkowego dziecka w chacie.

Pewnej nocy usłyszałam cichy stukot pod oknem. Wyszłam z pochodnią i zobaczyłam Rowana – a raczej Radosława – ledwo żywego, z raną na ramieniu.

– „Musisz uciekać. Książę wie o tobie. Sąsiedzi widzieli cię z dzieckiem.”

– „Dlaczego ja? Dlaczego zostawiłeś mi to dziecko?”

Spojrzał na mnie ciężko:

– „Bo tylko twoje drzwi były otwarte tej nocy. Bo ty nie pytasz o nagrodę.”

Przez kolejne dni ukrywaliśmy się razem. Radosław naprawiał dach, rąbał drewno, uczył Tomasza strugać patyki na strzały. Ale nocami rozmawialiśmy szeptem o tym, co będzie dalej.

– „Nie ufaj nikomu”, powtarzał. „Nawet mnie nie powinnaś ufać.”

A jednak ufałam mu coraz bardziej – choć wiedziałam, że coś przede mną ukrywa.

Pewnej nocy podsłuchałam jego rozmowę z obcym mężczyzną pod stodołą:

– „Ona niczego się nie domyśla.”

– „A jeśli się dowie?”

– „Nie oddam dziecka za żadne złoto.”

Zadrżałam. Czy Radosław naprawdę był po naszej stronie? Czy tylko czekał na lepszą okazję?

Kiedy przyszli po nas żołnierze księcia Jana – tym razem już bez litości – uciekaliśmy przez las w deszczu i błocie. Helenka płakała z głodu, Tomasz szedł dzielnie mimo ran na stopach. Radosław prowadził nas przez bagna do starego młyna.

Tam doszło do konfrontacji: żołnierze nas dogonili. Walka była krótka i brutalna. Radosław został ranny, ale nie pozwolił się złamać.

– „Uciekajcie! Ja ich zatrzymam!”

Nie chciałam go zostawiać – ale musiałam ratować dzieci i niemowlę.

Przez kolejne dni błąkaliśmy się po lasach i wsiach. Czasem pomagali nam dobrzy ludzie – czasem zdradzali za worek mąki. W końcu dotarliśmy do klasztoru w Górach Świętokrzyskich.

Tam po raz pierwszy od miesięcy poczułam spokój. Mnisi dali nam schronienie, a ja mogłam choć przez chwilę być tylko matką – nie strażniczką tajemnicy.

Ale nawet tam dosięgła nas wojna. Książę Jan wysłał ludzi do klasztoru. Musieliśmy uciekać dalej – przez góry do doliny Wisły.

W drodze Radosław wyznał mi prawdę:

– „Nie jestem rycerzem z rodowodem. Jestem synem kowala spod Sandomierza. Król uratował mi życie i kazał przysiąc wierność jego rodzinie.”

– „A dziecko?”

– „To nie jest syn króla… To syn jego brata – tego samego księcia Jana.”

Zamarłam.

– „Więc całe to cierpienie… ta ucieczka… była po to, by ukryć kłamstwo?”

Radosław spuścił głowę:

– „Może tak. Ale jeśli ten chłopiec przeżyje i dorośnie wśród ludzi prostych – może kiedyś odmieni losy kraju inaczej niż mieczem.”

Dotarliśmy do kolejnego klasztoru – tym razem na północ od Torunia. Tam przyjęto nas jak rodzinę królewską. Dzieci bawiły się z innymi sierotami; ja pomagałam w kuchni i ogrodzie.

Radosław coraz częściej znikał na całe dnie – wracał zmęczony i milczący.

Pewnego wieczoru przyniósł list:

– „To od Edwarda… od chłopca.”

Drżały mi ręce, gdy czytałam:
„Matko Amalio,
dziękuję ci za życie i za to, że nauczyłaś mnie być człowiekiem zanim nauczono mnie być królem.”

Łzy płynęły mi po policzkach.

Wojna trwała jeszcze długo – ale my już nie uciekaliśmy. Edward dorósł w klasztorze pod opieką mnichów i ludzi takich jak my.

Gdy po latach wróciłam do Wesexu – już jako kobieta wolna od strachu – zobaczyłam Edwarda na tronie podczas koronacji. Spojrzał na mnie przez tłum i uśmiechnął się tak samo jak wtedy, gdy tuliłam go w chatce pod lasem.

Radosław stał obok mnie – już nie jako rycerz czy zbieg, ale jako człowiek, który odnalazł swoje miejsce.

Patrząc na Edwarda pomyślałam: czy naprawdę można wybrać miłość ponad władzę? Czy wystarczy być dobrym człowiekiem, by naprawić świat?

A może najważniejsze jest to, by nigdy nie zamykać drzwi przed tymi, którzy pukają w środku nocy?

Co wy byście zrobili na moim miejscu? Czy mielibyście odwagę ukryć dziecko przed całym światem? Czekam na wasze historie…