Przeznaczenie ukryte w zagubionym portfelu: Historia Anny i jej babci

Drzwi do mojego pokoju zatrzasnęły się z hukiem, a ja osunęłam się na łóżko, zaciskając pięści na pościeli. Wciąż słyszałam w głowie słowa Dominika: „Nie potrafisz być szczera nawet ze sobą, Anka!” Próbowałam nie płakać, ale łzy same napływały do oczu. Babcia Elżbieta pewnie już czuła, że coś jest nie tak – zawsze miała ten szósty zmysł.

Usłyszałam ciche pukanie. „Aniu, wszystko w porządku?” – zapytała babcia przez drzwi. Milczałam chwilę, zanim odpowiedziałam: „Tak, babciu, tylko jestem zmęczona.” Wiedziałam, że nie uwierzy. Zawsze widziała więcej niż chciałam pokazać.

Tego dnia wracałam z uczelni później niż zwykle. Było zimno, szaro i wilgotno – typowy listopadowy wieczór w Krakowie. Na przystanku tramwajowym przy ulicy Dietla znalazłam portfel. Leżał na ławce, jakby ktoś zostawił go w pośpiechu. Otworzyłam go i zobaczyłam dowód osobisty – nazwisko: Bartosz Majewski. W środku była też fotografia małego chłopca i kobiety o ciepłym uśmiechu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy powinnam go oddać na policję, ale coś mnie powstrzymało.

Wróciłam do domu z portfelem w kieszeni i ciężarem na sercu. Babcia od razu zauważyła, że jestem rozkojarzona. „Coś się stało?” – zapytała, mieszając zupę w garnku. „Nic ważnego” – skłamałam, ale ona tylko westchnęła i podała mi talerz.

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Wpatrywałam się w sufit i myślałam o Dominiku. Nasza kłótnia była inna niż zwykle – tym razem padły słowa, których nie da się cofnąć. „Nie rozumiesz mnie, Anka! Ty zawsze uciekasz!” – krzyczał na środku Plant, a ludzie się oglądali. Miał rację – uciekałam przed wszystkim: przed nim, przed sobą, przed prawdą o naszej rodzinie.

Rano babcia czekała na mnie przy stole z kubkiem herbaty i swoim starym albumem ze zdjęciami. „Chciałabym ci coś pokazać” – powiedziała cicho. Przewracała kartki powoli, aż zatrzymała się na zdjęciu młodej kobiety z lat 70., stojącej pod Wawelem. „To twoja mama” – szepnęła. Zawsze unikałyśmy rozmów o mamie. Odeszła, gdy miałam cztery lata. Babcia nigdy nie wybaczyła jej tej decyzji.

„Czasem trzeba wybrać między tym, co słuszne dla innych, a tym, co dobre dla siebie” – powiedziała nagle babcia, patrząc mi prosto w oczy. Poczułam ukłucie w sercu. Czy to była aluzja do mojej sytuacji z Dominikiem? Czy może do tego portfela?

Po południu postanowiłam zadzwonić pod numer znaleziony w portfelu. Odebrał mężczyzna o zmęczonym głosie. „Dzień dobry, znalazłam pański portfel…” – zaczęłam niepewnie. Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszałam westchnienie ulgi. „Bartosz Majewski z tej strony… Dziękuję! To dla mnie bardzo ważne.” Umówiliśmy się na spotkanie w kawiarni przy Rynku.

Kiedy weszłam do środka, zobaczyłam go od razu – wysoki, szczupły, z podkrążonymi oczami i nerwowym uśmiechem. „To pani znalazła mój portfel?” – zapytał z niedowierzaniem. Podałam mu zgubę i przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

„To zdjęcie… To pani syn?” – zapytałam nieśmiało, wskazując na fotografię chłopca.

Bartosz spuścił wzrok. „To mój brat. Zginął kilka lat temu w wypadku samochodowym.” Poczułam dreszcz na plecach. „Przepraszam… Nie powinnam pytać.”

„Nie szkodzi” – odpowiedział cicho. „Czasem dobrze jest powiedzieć coś obcej osobie.”

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę o życiu, o stracie i o tym, jak trudno czasem znaleźć swoje miejsce na świecie. Kiedy wychodziłam z kawiarni, czułam się lżejsza – jakby rozmowa z Bartoszem otworzyła we mnie jakieś drzwi.

Wieczorem Dominik przysłał mi wiadomość: „Musimy porozmawiać.” Spotkaliśmy się pod moim blokiem. Stał oparty o latarnię, z rękami w kieszeniach.

„Anka… Ja nie chcę cię stracić” – powiedział bez ogródek.

„Ale ja nie wiem już, kim jestem przy tobie” – odpowiedziałam szczerze.

Dominik spojrzał na mnie z bólem w oczach. „Może powinniśmy odpocząć od siebie?”

Pokiwałam głową. „Może tak.”

Wróciłam do mieszkania i zastałam babcię siedzącą przy stole z listem w ręku.

„To dla ciebie” – powiedziała drżącym głosem.

Otworzyłam kopertę i zobaczyłam znajome pismo mojej mamy. List był krótki:

„Aniu,
Wiem, że nigdy nie byłam dobrą matką. Wiem też, że twoja babcia próbowała cię ochronić przed prawdą o mnie. Ale musisz wiedzieć jedno: kochałam cię zawsze i nigdy nie przestałam o tobie myśleć.
Może kiedyś mi wybaczysz.
Mama”

Łzy popłynęły mi po policzkach. Babcia objęła mnie ramieniem.

„Nie chciałam cię skrzywdzić” – wyszeptała.

„Wiem, babciu… Ale muszę sama zdecydować, kim chcę być.”

Następnego dnia zadzwonił Bartosz. „Chciałbym ci podziękować jeszcze raz… Może spotkamy się na spacerze?”

Zgodziłam się bez wahania.

Spacerowaliśmy po Plantach i rozmawialiśmy o wszystkim: o rodzinie, o marzeniach i o tym, jak trudno czasem wybaczyć sobie samemu.

„Czasem los daje nam drugą szansę” – powiedział Bartosz nagle.

Spojrzałam na niego i poczułam coś nowego – nadzieję.

Wieczorem usiadłam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Zrozumiałam wtedy, że każdy wybór niesie konsekwencje, ale też otwiera nowe możliwości.

Czy przypadek naprawdę rządzi naszym życiem? A może to my sami musimy nauczyć się dostrzegać znaki od losu?