Zniknięty nagrobek mojego syna – prawda, która rozdarła nasze serca i podzieliła całą wieś

— Mamo, nie płacz już, proszę… — szeptał Szymon, gdy leżał w szpitalnym łóżku, a ja ściskałam jego drobną dłoń. Wtedy jeszcze wierzyłam, że wyjdziemy z tego razem. Że wrócimy do domu, do naszej kuchni pachnącej drożdżówkami, do codziennych kłótni o bałagan w pokoju. Ale los miał inne plany.

Szymon odszedł w listopadzie. Zostałam sama z bólem, którego nie potrafiłam nikomu opisać. Mąż, Andrzej, zamknął się w sobie. Córka, Ola, wyjechała na studia do Krakowa i dzwoniła coraz rzadziej. Ja… ja zaczęłam żyć tylko po to, by jakoś przetrwać dzień. Każda złotówka odkładana przez lata była dla mnie jak cegiełka pod przyszły pomnik – chciałam, żeby Szymon miał coś wyjątkowego. Coś, co będzie świadectwem mojej miłości i tęsknoty.

W końcu się udało. Po trzech latach zamówiłam nagrobek u pana Zbyszka, kamieniarza z sąsiedniej wsi. Granitowy, z wygrawerowanym aniołem i cytatem z ulubionej piosenki Szymona: „Niech Twoje światło nigdy nie gaśnie”. Kiedy go postawili, poczułam ulgę. Wreszcie mogłam przyjść na cmentarz i rozmawiać z synem jak dawniej.

Ale pewnego kwietniowego popołudnia wszystko się zmieniło.

Szłam przez cmentarz z naręczem tulipanów. Już z daleka coś mi nie pasowało. Zamiast znajomego kształtu nagrobka zobaczyłam tylko świeżą ziemię i kilka starych zniczy. Zamarłam. Przez chwilę myślałam, że pomyliłam alejkę. Ale nie – to był grób Szymona. Mój świat znów się zawalił.

— Co się stało? — zapytałam sąsiadkę Jadwigę, która akurat podlewała kwiaty na grobie męża.

— Pani Marysiu… ja sama nie wiem! Wczoraj jeszcze był… Dzisiaj rano już nie — odpowiedziała z przestrachem.

Pobiegłam do proboszcza. Ksiądz Stanisław rozłożył ręce:

— Nic mi o tym nie wiadomo. Może ktoś ukradł? Ostatnio różne rzeczy się dzieją…

Nie mogłam uwierzyć. Kto mógłby ukraść nagrobek dziecka? Przez kolejne dni chodziłam od domu do domu, pytałam sąsiadów, dzwoniłam do kamieniarza.

— Pani Marysiu, ja nic nie wiem! — zarzekał się pan Zbyszek przez telefon. — Przecież sam go stawiałem…

Wieczorami siedziałam przy kuchennym stole i płakałam. Andrzej tylko wzdychał ciężko i wychodził na papierosa. Ola zadzwoniła raz:

— Mamo, może to jakiś wandalizm? Albo pomyłka? — próbowała mnie pocieszyć, ale słyszałam w jej głosie dystans.

Po tygodniu przyszedł list polecony z kancelarii adwokackiej. Drżącymi rękami otworzyłam kopertę. Czytałam powoli: „W związku z postępowaniem spadkowym po śmierci Szymona Nowaka informujemy, iż zgodnie z decyzją sądu grób został uznany za własność ojca dziecka…”

Zamarłam. To niemożliwe! Przecież Andrzej nigdy nie wspominał o żadnych sprawach sądowych.

Wieczorem postawiłam przed nim list.

— O co tu chodzi? — zapytałam drżącym głosem.

Andrzej spuścił wzrok.

— Marysiu… Ja… Ja chciałem zrobić nowy nagrobek. Taki bez tych wszystkich aniołów i cytatów. Prosty. Dla mnie to wszystko za bardzo bolało…

Patrzyłam na niego w osłupieniu.

— Bez mojej zgody? Bez słowa?

— Myślałem, że tak będzie lepiej… — wyszeptał.

Wybiegłam z domu. Cała wieś huczała od plotek. Jedni mówili, że to sprawka złodziei, inni – że to rodzinny konflikt. Nawet ksiądz zaczął unikać tematu podczas mszy.

Przez kolejne dni unikałam Andrzeja jak ognia. Ola przyjechała na weekend i próbowała nas pogodzić:

— Mamo, tata też cierpi… Każdy radzi sobie z żałobą inaczej.

Ale ja nie potrafiłam wybaczyć. Czułam się zdradzona przez najbliższą osobę. Wszystko, co robiłam przez te lata – oszczędzanie, wybieranie kamienia, grawerowanie cytatu – okazało się nieważne.

W końcu spotkałam się z panem Zbyszkiem.

— Pani Marysiu… To Andrzej poprosił mnie o usunięcie nagrobka. Powiedział, że chce nowy, prosty krzyż… Ja tylko wykonałem polecenie właściciela grobu…

Zrozumiałam wtedy, że nie chodziło o kradzież czy wandalizm. Chodziło o naszą rodzinę – o to, jak bardzo różnimy się w przeżywaniu żałoby i jak łatwo można się zranić nawet w największym bólu.

Dziś na grobie Szymona stoi prosty krzyż z tabliczką: „Szymon Nowak – Syn”. Nie ma anioła ani cytatu. Czasem siadam na ławce obok i pytam siebie: czy naprawdę można kochać i jednocześnie tak bardzo ranić? Czy kiedyś nauczę się wybaczać?

A Wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś taką zdradę? Jak radzicie sobie z żałobą w rodzinie?