„Synowa powiedziała, że będzie lepiej, jeśli będziemy się widywać tylko w święta”: Moje życie poświęcone rodzinie, która mnie odrzuciła
– Mamo, proszę cię… Nie rób scen. – Głos Piotra był cichy, ale stanowczy. Stał w przedpokoju mojego mieszkania, z rękami w kieszeniach, patrząc gdzieś w bok. Obok niego stała jego żona, Ania, z zaciśniętymi ustami i wzrokiem wbitym w podłogę.
– Scen? – powtórzyłam, czując jak serce wali mi w piersi. – Piotrze, ja tylko pytam, dlaczego nie mogę przyjść na urodziny wnuczki? To przecież moje dziecko, twoja córka!
Ania westchnęła ciężko i spojrzała na mnie z chłodem. – Pani Zofio, naprawdę będzie lepiej, jeśli będziemy się widywać tylko w święta. Dla wszystkich.
Te słowa dźwięczały mi w uszach jeszcze długo po ich wyjściu. Usiadłam na kanapie, patrząc na zdjęcia dzieci na półce. Przypomniałam sobie tamten dzień, kiedy Piotr miał dziesięć lat, a Kasia cztery. Ich ojciec spakował walizkę i wyszedł bez słowa. Zostałam sama z dwójką dzieci i kredytem na mieszkanie w bloku na Ursynowie.
Nie miałam wyboru – musiałam pracować od rana do wieczora. Mama pomagała mi jak mogła: odbierała dzieci ze szkoły, gotowała obiady, czasem nawet prasowała ich ubrania. Byłam wdzięczna losowi za jej obecność, bo sama nie dawałabym rady.
Piotr zawsze był cichy, zamknięty w sobie. Kasia – odwrotnie: żywiołowa, uparta, czasem aż za bardzo. Przez lata starałam się być dla nich matką i ojcem jednocześnie. Nie było łatwo. Pamiętam te wieczory, kiedy wracałam zmęczona po dwunastogodzinnej zmianie w szpitalu i jeszcze musiałam pomagać przy lekcjach.
– Mamo, a dlaczego tata już nie wróci? – pytała Kasia któregoś wieczoru.
– Bo czasem dorośli się rozstają – odpowiadałam, tłumiąc łzy.
Nie udało mi się już ułożyć życia z nikim innym. Byli mężczyźni, ale żaden nie chciał „cudzych dzieci”. Z czasem przestałam nawet próbować.
Kiedy Piotr poznał Anię na studiach, byłam szczęśliwa. Wydawała się miła, uśmiechnięta, trochę nieśmiała. Zaprosiłam ją na obiad – zrobiłam rosół i schabowe, tak jak lubił Piotr. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to początek końca mojego spokoju.
Po ślubie zamieszkali u mnie. Mieszkanie było ciasne, ale jakoś się mieściliśmy. Ania była uprzejma, ale chłodna. Nigdy nie mówiła do mnie „mamo”, zawsze „pani Zofio”. Myślałam: „Może potrzebuje czasu”.
Po roku urodziła się Zosia – moja pierwsza wnuczka. Byłam wniebowzięta! Chciałam pomagać Ani jak kiedyś moja mama pomagała mnie. Gotowałam obiady, sprzątałam, chodziłam z małą na spacery.
– Pani Zofio, proszę nie przesadzać z tymi obiadami – powiedziała mi kiedyś Ania. – Wolę sama decydować, co jemy.
Zabolało mnie to. Ale milczałam.
W końcu postanowiłam podarować im mieszkanie po mojej mamie – dwupokojowe na Mokotowie. Myślałam: „Będą mieli swój kąt, może wtedy relacje się poprawią”.
Przeprowadzili się szybko. Z dnia na dzień kontakt zaczął się urywać. Piotr dzwonił coraz rzadziej, Ania prawie wcale. Na moje propozycje spotkań odpowiadali wymijająco: „Zobaczymy”, „Może w przyszłym tygodniu”.
Któregoś dnia zadzwoniłam do Piotra:
– Synku, może przyjedziecie na obiad w niedzielę?
– Mamo… Ania jest zmęczona… Może innym razem.
Potem przyszły święta Bożego Narodzenia. Przyjechali na Wigilię – spóźnieni o godzinę. Zosia była już śpiąca i marudna. Ania siedziała przy stole z telefonem w ręku.
– Może byś odłożyła ten telefon? – powiedziałam nie wytrzymując.
– Przepraszam – odpowiedziała chłodno i wyszła do łazienki.
Po kolacji Piotr powiedział:
– Mamo… Ania uważa, że powinniśmy trochę ograniczyć kontakty. Dla jej komfortu.
Nie rozumiałam tego. Przecież oddałam im mieszkanie! Poświęciłam im całe życie! Czy to tak trudno okazać trochę wdzięczności?
Kasia próbowała mnie pocieszać:
– Mamo, może Ania po prostu jest inna? Może potrzebuje przestrzeni?
Ale ja czułam się coraz bardziej samotna. Każdy dzień był taki sam: praca, zakupy, samotny obiad przed telewizorem. Czasem odwiedzała mnie sąsiadka Basia – wdowa po wojskowym. Rozmawiałyśmy o dzieciach, o polityce, o cenach w sklepach.
Pewnego dnia spotkałam Piotra pod blokiem.
– Synku…
– Mamo, proszę cię… Nie rób scen.
Wtedy właśnie usłyszałam te słowa Ani: „Będzie lepiej, jeśli będziemy się widywać tylko w święta”.
Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Widziałam Zosię tylko raz – przez szybę samochodu. Podobno była chora i nie chcieli jej wyciągać na mróz.
Czasem myślę: może rzeczywiście przesadzałam? Może byłam zbyt nachalna? Ale czy to powód, żeby odciąć mnie od rodziny?
Wieczorami siedzę przy oknie i patrzę na światła miasta. Wspominam dzieciństwo Piotra i Kasi – ich pierwsze kroki, pierwsze dni w szkole… Wszystko robiłam dla nich.
Ostatnio zadzwoniła do mnie Kasia:
– Mamo… Może pojedziemy razem nad morze? Odpoczniesz trochę.
Zgodziłam się bez namysłu. Potrzebuję zmiany otoczenia.
Ale serce boli mnie coraz bardziej. Czy naprawdę zasłużyłam na samotność? Czy można być zbyt dobrą matką?
Czasem pytam siebie: czy lepiej byłoby myśleć tylko o sobie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?