„Kiedy mąż wybrał inną: Prawdziwa historia o zdradzie, sile i rodzinie, która nie zawiodła”
– „Mamo, dlaczego tata nie odbiera telefonu?” – głos Beaty, mojej ośmioletniej córki, rozbrzmiewał w pustym mieszkaniu jak echo. Leżałam na kanapie, z kroplówką w ręce, a świat wirował mi przed oczami. Byłam tak słaba, że nie miałam siły nawet odpowiedzieć. W głowie dudniło mi jedno pytanie: jak to możliwe, że zostałam zupełnie sama?
Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że wszystko jakoś się ułoży. Pracowałam na pół etatu w bibliotece miejskiej w Warszawie, a resztę czasu poświęcałam Beacie i domowi. Mój mąż, Robert – inżynier budowlany – coraz częściej wracał późno do domu. Tłumaczył się projektami, spotkaniami, delegacjami. Nie podejrzewałam niczego złego. Może nie chciałam widzieć?
Kiedy zemdlałam w kuchni, Beata była w swoim pokoju. Obudziłam się na podłodze, z jej małą rączką ściskającą moją dłoń. Zadzwoniła po sąsiadkę, panią Halinę. To ona wezwała karetkę. W szpitalu usłyszałam diagnozę: ciężka anemia, wycieńczenie organizmu. Lekarz spojrzał na mnie z troską:
– Musi pani zostać na obserwacji. Jest pani bardzo słaba.
Zadzwoniłam do Roberta. Odpowiedział chłodno:
– Załatw to jakoś sama. Mam teraz ważne sprawy w pracy.
Nie miałam siły się kłócić. W głowie miałam tylko Beata – co z nią? Kto ją odbierze ze szkoły? Kto zrobi jej kolację?
Pani Halina zgodziła się zabrać Beatę na noc. Następnego dnia zadzwoniła wychowawczyni z prośbą o uregulowanie czesnego za szkołę. Spojrzałam do portfela – 320 złotych. To wszystko, co miałam.
Poprosiłam sąsiadkę o pożyczkę. Zawstydzona, zrezygnowana. Czułam się jak żebraczka we własnym życiu.
W szpitalu leżałam sama. Nikt mnie nie odwiedzał. Robert nie zadzwonił ani razu.
Po trzech dniach przyszła do mnie teściowa – pani Teresa. Weszła do sali szpitalnej z siatką pełną jedzenia i ciepłym kocem.
– Boże święty, Marysiu! Co się stało? Dlaczego jesteś taka blada? Gdzie jest Robert?
Zacisnęłam usta.
– Powiedział, że jest zajęty pracą…
Beata spojrzała na babcię wielkimi oczami:
– Tata pojechał do Włoch z ciocią Laurą i jej córeczką Bianką. Powiedział, że mamy czekać w domu.
Pani Teresa pobladła. Usiadła ciężko na krześle.
– On… on was zostawił?
Nie odpowiedziałam. Łzy same popłynęły mi po policzkach.
Teściowa nie powiedziała nic więcej tego dnia. Nakarmiła Beatę, przyniosła mi czyste ubrania i obiecała, że wszystko się ułoży.
Następnego ranka wyszła wcześnie rano. Po południu wróciła z plikiem pieniędzy i dokumentami.
– Marysiu, zapłaciłam za szpital i za szkołę Beaty na cały rok. Masz tu jeszcze trochę na życie. Nie martw się o nic.
Zerwałam się z łóżka i uklękłam przed nią:
– Mamo… to są wasze oszczędności! Nie mogę tego przyjąć!
Pani Teresa podniosła mnie delikatnie:
– Jestem już stara. Nie potrzebuję tyle pieniędzy. Ty i Beata jesteście moją rodziną. Robert… nie wiem, co mu odbiło, ale ja wiem jedno: ty zawsze byłaś dla mnie jak córka.
Przez kolejne tygodnie mieszkałyśmy razem – ja, Beata i pani Teresa. Powoli wracałam do zdrowia. Beata zaczęła się uśmiechać.
Aż pewnego dnia usłyszałyśmy trzask drzwi wejściowych.
Robert wszedł do mieszkania z walizką i szerokim uśmiechem na twarzy.
– No cześć! Jestem! – rzucił beztrosko.
W salonie siedziała już pani Teresa z dwoma sąsiadami i urzędnikiem z urzędu dzielnicy.
– Siadaj – powiedziała chłodno teściowa.
Robert rozejrzał się niepewnie.
– Co tu się dzieje?
Pani Teresa wyjęła plik dokumentów i położyła je na stole.
– To akt własności mieszkania. Przepisałam je na Marysię. Ty… możesz się wyprowadzić.
Robert pobladł.
– Mamo… co ty robisz?
Spojrzała mu prosto w oczy:
– Zostawiłeś żonę i dziecko bez środków do życia, a sam bawiłeś się z kochanką za granicą. Wstyd mi za ciebie! Marysia jest teraz właścicielką mieszkania i ma zabezpieczenie finansowe. Ty… nie jesteś już moim synem.
Robert patrzył na mnie błagalnie:
– Marysiu… przecież to wszystko nie tak…
Nie odpowiedziałam. Trzymałam Beatę za rękę tak mocno, jakby tylko ona trzymała mnie przy życiu.
Pani Teresa podeszła do nas i objęła obie ramieniem:
– Dziewczyny… teraz już będzie dobrze.
Robert wyszedł bez słowa. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę.
Wieczorem siedziałyśmy we trzy przy stole w kuchni. Pani Teresa nalała nam herbaty i spojrzała na mnie ciepło:
– Marysiu… jesteś silniejsza niż myślisz. Przetrwałyśmy razem najgorsze.
Patrzyłam na nią przez łzy wdzięczności i myślałam: czy naprawdę trzeba upaść tak nisko, żeby zobaczyć, kto jest twoją prawdziwą rodziną?
Czy wy też kiedyś poczuliście się opuszczeni przez najbliższych? Jak poradziliście sobie z takim bólem?