Sprzedałem dom rodzinny i zostawiłem dzieci z niczym – czy byłem bez serca?
— Co ty wyprawiasz, tato? — głos Magdy odbił się echem po pustym już niemal salonie. Stała w drzwiach, z rękami na biodrach, a jej brat Michał patrzył na mnie z niedowierzaniem.
— Ubierasz się jak na pogrzeb. Dokąd idziesz? — dodał z przekąsem.
Wziąłem głęboki oddech, czując jak serce wali mi w piersi. Ostatni raz miałem na sobie ten garnitur na pogrzebie Zofii, mojej żony. Teraz miałem go założyć, by pożegnać się z czymś równie ważnym — domem, który przez lata był moją twierdzą i więzieniem jednocześnie.
— Idę załatwić sprawę, która powinna być załatwiona już dawno temu — odpowiedziałem spokojnie, choć w środku gotowałem się ze złości i żalu.
Przez lata pozwalałem dzieciom rządzić się w moim domu. Najpierw Magda z mężem i dwójką dzieci zajęli piętro, potem Michał z narzeczoną zamieszkali na parterze. Każdy miał swoje klucze, swoje zasady, swoje pretensje. Ja byłem dodatkiem — przeszkodą, którą trzeba było tolerować. „Tato, nie siadaj na tej kanapie, bo dzieci zaraz wrócą z przedszkola”. „Tato, nie używaj tej łazienki, bo Asia się szykuje do pracy”. „Tato, po co ci tyle narzędzi w garażu? Przecież już nie majsterkujesz”.
Z czasem przestałem być gospodarzem. Stałem się gościem we własnych czterech ścianach. Nawet pies, którego kupili bez pytania mnie o zdanie, warczał na mnie, gdy próbowałem wejść do kuchni.
Pewnego dnia usłyszałem rozmowę Magdy z Michałem:
— Trzeba będzie coś zrobić z tatą. On już sobie nie radzi. Może dom opieki?
— Albo niech odda nam dom. Przecież i tak wszystko jest nasze.
To wtedy podjąłem decyzję.
Zadzwoniłem do znajomego notariusza. Umówiłem spotkanie w dużej agencji nieruchomości w centrum Gdańska. Przez lata deweloperzy próbowali mnie przekonać do sprzedaży działki — „Panie Januszu, to świetna lokalizacja! Zrobimy tu apartamentowiec!” — słyszałem co roku.
Tym razem to ja zadzwoniłem pierwszy.
Wszedłem do biura z teczką pełną dokumentów. Agentka aż podskoczyła z radości, widząc oryginalne akty własności.
— Panie Januszu, oferujemy 3 miliony złotych za całość. Ale jest jeden warunek: dom musi być pusty w ciągu miesiąca.
— Nie ma problemu — odpowiedziałem chłodno. — W trzy dni będzie pusty.
Podpisałem umowę. Pieniądze wpłynęły na konto tego samego dnia.
Wróciłem do domu. Spakowałem swoje rzeczy: zdjęcia Zofii, kilka książek, narzędzia i stare listy. Resztę zostawiłem — meble, bibeloty, nawet telewizor, który kupili „dla mnie”, ale zawsze był zajęty przez wnuki grające w gry.
Wieczorem wszyscy wrócili do domu. Siedziałem w salonie — tym samym, do którego nie miałem prawa wchodzić bez zaproszenia.
— Tato, co ty tu robisz? — zapytała Magda zirytowana.
— Wyprowadzam się — powiedziałem spokojnie. — Dom jest sprzedany. Macie miesiąc na wyprowadzkę.
Najpierw była cisza. Potem krzyk:
— Zwariowałeś?! To nasz dom!
— Nie wasz. Mój. Byliście tylko gośćmi — odpowiedziałem twardo.
Michał próbował mnie zatrzymać:
— Tato, nie możesz nam tego zrobić! Jesteśmy twoją rodziną!
Spojrzałem mu prosto w oczy:
— Rodzina to nie tylko krew. To szacunek i wsparcie. Wy traktowaliście mnie jak przeszkodę.
Wyszedłem z domu bez odwracania się za siebie. Taksówka już czekała.
Nowe mieszkanie nad morzem było ciche i pachniało świeżością. Pierwsze dni były dziwne — nikt nie krzyczał, nikt nie trzaskał drzwiami, nikt nie narzekał na moje przyzwyczajenia.
Samotność bolała bardziej niż się spodziewałem. Wieczorami siadałem na balkonie z kieliszkiem wina i patrzyłem na fale Bałtyku rozbijające się o brzeg. Czasem łzy same płynęły po policzkach — za Zofią, za dawnymi czasami, za rodziną, która rozpadła się przez chciwość i brak szacunku.
Po tygodniu dostałem wiadomość od Magdy:
— Tato, proszę… Nie wiedzieliśmy, że to tak na serio. Michał obwinia mnie o wszystko. Dzieci płaczą. Pomóż nam znaleźć mieszkanie.
Nie odpisałem.
Przez lata prosiłem tylko o jedno: o odrobinę szacunku i spokoju we własnym domu. Oni chcieli tylko więcej i więcej — aż zostało im nic.
Czasami myślę: czy byłem okrutny? Czy mogłem postąpić inaczej? Ale potem przypominam sobie wszystkie te dni, kiedy czułem się niewidzialny we własnym domu…
Dziś wiem jedno: czasem trzeba stracić wszystko, żeby odzyskać siebie.
Czy samotność jest ceną za godność? Czy rodzina to tylko więzy krwi? A może prawdziwa rodzina to ci, którzy potrafią kochać i szanować bez względu na wszystko?