Kiedy przeszłość puka do drzwi: tajemnice mojej córki i burza w naszej rodzinie

— Babciu, mogę wejść? — głos Zosi drżał, a jej kurtka była przemoczona do suchej nitki. Stała na progu mojego mieszkania w bloku na warszawskim Mokotowie, z oczami szeroko otwartymi ze strachu i zmęczenia. Za nią szalała burza, pioruny rozświetlały niebo, a deszcz bębnił o parapety.

— Zosiu, co ty tu robisz sama o tej porze? — zapytałam, czując jak serce wali mi w piersi. Przez głowę przemknęła mi myśl: gdzie jest Marzena? Moja córka zawsze była nadopiekuńcza wobec Zosi. Coś musiało się stać.

Zosia weszła do środka, a ja szybko otuliłam ją kocem i podałam gorącą herbatę. — Mama powiedziała, żebym przyszła do ciebie. Powiedziała, że musi coś załatwić i wróci później — wyszeptała, patrząc na mnie błagalnie.

Wtedy poczułam, jak ogarnia mnie panika. Marzena nie odbierała telefonu. Próbowałam dzwonić raz za razem, ale słyszałam tylko głuchy sygnał. W głowie kłębiły mi się najczarniejsze scenariusze. Czy zrobiła sobie coś złego? Czy uciekła przed czymś, o czym nie miałam pojęcia?

Przez całą noc siedziałam przy Zosi, która w końcu zasnęła wtulona we mnie. Ja nie zmrużyłam oka. Wspomnienia wracały falami: Marzena jako mała dziewczynka, jej pierwszy dzień w szkole, nasze kłótnie o błahostki i te poważniejsze sprzeczki, kiedy dorastała i coraz bardziej oddalała się ode mnie. Zawsze miałam wrażenie, że coś przede mną ukrywa.

Rano zadzwoniłam do szpitali i na policję. Zgłosiłam zaginięcie córki. Policjantka zapytała: — Czy pani córka miała ostatnio jakieś problemy? Zachowywała się inaczej?

Zawahałam się. Ostatnio była rozdrażniona, zamyślona. Często znikała na długie godziny, tłumacząc się pracą. Ale przecież zawsze była odpowiedzialna… Czy mogłam coś przeoczyć? Czy to moja wina?

Przez kolejne dni żyliśmy w zawieszeniu. Zosia chodziła do szkoły, ale widziałam, jak bardzo tęskni za matką. Ja próbowałam być silna dla niej, choć sama czułam się jak wrak człowieka. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła.

Pewnego wieczoru znalazłam w rzeczach Marzeny list. Był zaadresowany do mnie:

„Mamo,
Wiem, że cię zawiodłam. Nie umiałam ci powiedzieć wszystkiego wprost. Przepraszam za wszystkie kłamstwa i tajemnice. Muszę wyjechać na jakiś czas, żeby poukładać sobie wszystko w głowie. Proszę, zaopiekuj się Zosią. Ona cię potrzebuje bardziej niż mnie teraz.
Marzena”

Czytałam ten list wielokrotnie, próbując zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Co ją tak bardzo przygniotło? Czy to przez naszą ostatnią kłótnię o jej nową pracę? A może chodziło o ojca Zosi, który od lat nie dawał znaku życia?

Zosia zaczęła zadawać pytania:
— Babciu, czy mama wróci?
— Oczywiście, kochanie — odpowiadałam, choć sama nie byłam tego pewna.
— A dlaczego mama płakała ostatnio w nocy?
Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Któregoś dnia odwiedził mnie sąsiad z parteru, pan Janek.
— Pani Haniu, widziałem pani córkę kilka dni temu. Wyglądała na bardzo przygnębioną. Pytała o dawnych znajomych z liceum…
To był kolejny trop. Zaczęłam szukać kontaktu do jej dawnych przyjaciółek. Jedna z nich powiedziała mi przez telefon:
— Marzena mówiła ostatnio o jakimś wielkim błędzie z przeszłości…

Wtedy przypomniałam sobie pewne wydarzenie sprzed lat — Marzena miała wtedy 17 lat i zaszła w ciążę. Ukrywałyśmy to przed rodziną i znajomymi przez wiele miesięcy. W końcu urodziła Zosię i postanowiłyśmy wychowywać ją razem. Ojciec dziecka zniknął z naszego życia równie szybko, jak się pojawił.

Może teraz przeszłość wróciła ze zdwojoną siłą? Może Marzena nie potrafiła już dłużej udawać przed sobą i światem?

Minęły tygodnie. Policja nie miała nowych informacji. Zosia coraz częściej płakała nocami. Ja czułam się coraz bardziej winna — czy to moja surowość sprawiła, że Marzena nie umiała mi zaufać? Czy mogłam zrobić coś inaczej?

Pewnego dnia dostałam wiadomość na Messengerze od nieznajomego:
„Pani córka jest bezpieczna. Potrzebuje czasu dla siebie. Proszę nie szukać jej na siłę.”

To był cios prosto w serce — ulga pomieszana z rozpaczą i bezsilnością.

Zosia zaczęła zamykać się w sobie. Próbowałam ją wyciągnąć na spacery po Łazienkach, piekłyśmy razem szarlotkę według starego przepisu mojej mamy… Ale widziałam w jej oczach pustkę.

Któregoś wieczoru usiadłyśmy razem na kanapie.
— Babciu… czy ty też kiedyś chciałaś uciec?
Zaskoczyło mnie to pytanie.
— Tak, kochanie… Każdy czasem chce uciec od problemów. Ale najważniejsze to mieć kogoś bliskiego przy sobie.
Zosia wtuliła się we mnie mocno.

Czas mijał powoli. Nauczyłam się żyć z niepewnością i bólem po stracie córki — choć przecież ona żyje gdzieś tam, tylko nie chce mieć ze mną kontaktu…

Często zastanawiam się: czy mogłam być lepszą matką? Czy nasze dzieci naprawdę muszą powtarzać nasze błędy? A może czasem trzeba pozwolić im odejść i odnaleźć własną drogę?

Czy wy też macie w rodzinie tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego? Jak poradzić sobie z poczuciem winy i tęsknotą za bliskimi?