Między tradycją a zmianą: Jeden niezapomniany dzień Wszystkich Świętych w rodzinie Nowaków
– Znowu wszystko na mojej głowie! – wykrzyknęłam, trzaskając szufladą w kuchni. Aromat pieczonych jabłek mieszał się z zapachem świeżo parzonej kawy, ale zamiast ciepła czułam tylko narastającą frustrację. Darek stał w progu, z kubkiem w dłoni, patrząc na mnie z niepokojem.
– Może w tym roku zrobimy to inaczej? – zaproponował cicho. – Nie musisz wszystkiego sama.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Przez lata Wszystkich Świętych był dla mnie dniem, kiedy musiałam udowodnić całej rodzinie – a zwłaszcza teściowej – że potrafię wszystko ogarnąć: dom, dzieci, groby, kolację. Ale w tym roku byłam już zmęczona. Zbyt wiele razy płakałam po cichu w łazience, gdy nikt nie widział.
– Dzieciaki! – zawołał Darek do Leona i Ewy. – Chodźcie na chwilę!
Leon, już prawie dorosły, zszedł z pokoju z miną obrażonego księcia. Ewa, młodsza o trzy lata, miała słuchawki na uszach i ledwo oderwała się od telefonu.
– W tym roku robimy wszystko razem – powiedziałam stanowczo. – Każdy ma swoje zadanie. Nie chcę już słyszeć narzekań ani kłótni.
Leon prychnął:
– Przecież to tylko groby i kolacja. Po co tyle zamieszania?
Poczułam ukłucie w sercu. Czy naprawdę tak mało dla nich znaczy ten dzień? Przecież to nie tylko tradycja – to pamięć o tych, których już nie ma.
Darek położył mi rękę na ramieniu:
– Spróbujmy. Może będzie inaczej.
Podzieliliśmy obowiązki: Leon miał wyczyścić lampiony i pomóc mi w kuchni, Ewa przygotować znicze i kwiaty. Darek zajął się zakupami. W teorii wszystko wyglądało dobrze, ale już po godzinie atmosfera zgęstniała jak listopadowa mgła.
– Mamo, a po co te wszystkie sałatki? – jęczała Ewa. – I tak nikt ich nie je.
– Bo babcia zawsze je robiła – odpowiedziałam ostro. – To ważne.
– Ale babci już nie ma! – rzucił Leon bezceremonialnie.
Zamarłam. W powietrzu zawisło coś ciężkiego. Przypomniałam sobie ostatnią rozmowę z moją mamą przed jej śmiercią. Powiedziała wtedy: „Nie rób wszystkiego sama. Pozwól innym pomagać.”
Łzy napłynęły mi do oczu, ale szybko je otarłam.
– Może Leon ma rację – odezwał się Darek, próbując rozładować napięcie. – Może czas na nowe zwyczaje?
– A może po prostu nie chcecie pamiętać? – wybuchłam. – Może łatwiej wam zapomnieć o tych wszystkich latach?
Ewa spojrzała na mnie z wyrzutem:
– To nie tak, mamo…
Wyszłam do ogrodu, żeby złapać oddech. Siedziałam na ławce pod jabłonią i patrzyłam na mokre liście. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Czy naprawdę wszystko muszę ciągnąć sama? Czy jeśli odpuszczę tradycję, to znaczy, że przestanę kochać tych, którzy odeszli?
Po chwili dołączył do mnie Darek.
– Wiesz… Ja też tęsknię za twoją mamą – powiedział cicho. – Ale może czas pozwolić dzieciom przeżyć ten dzień po swojemu?
Nie odpowiedziałam od razu. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: zapach ciasta drożdżowego mamy, jej śmiech przy stole, ciepło dłoni babci podczas spaceru na cmentarz.
Wieczorem usiedliśmy razem przy stole. Kolacja była skromniejsza niż zwykle, ale pierwszy raz od lat nikt nie narzekał. Leon opowiedział zabawną historię o pradziadku, Ewa pokazała zdjęcia z dzieciństwa babci znalezione w starym albumie.
Nagle poczułam coś nowego: wdzięczność za tę chwilę bliskości. Może nie wszystko musi być idealne? Może najważniejsze jest to, że jesteśmy razem?
Po kolacji poszliśmy na cmentarz. Wśród setek światełek poczułam spokój. Trzymałam Darka za rękę, dzieci szły obok mnie. Nie było już napięcia ani pretensji.
Wracając do domu, pomyślałam: czy naprawdę musimy wybierać między tradycją a zmianą? A może można znaleźć własną drogę?
Może właśnie to jest najważniejsze pytanie: czy potrafimy pozwolić sobie na niedoskonałość i mimo to być szczęśliwi?