Zostawił mnie, gdy nasz syn miał trzy lata. Teraz to ja jestem czarnym charakterem w jego oczach – Moja historia matki samotnie wychowującej Michała

– Mamo, przestań już! – krzyknął Michał, trzaskając drzwiami swojego pokoju. – Zawsze musisz mieć ostatnie słowo, zawsze musisz wszystko kontrolować!

Stałam w korytarzu, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Miałam pięćdziesiąt pięć lat i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej. Michał, mój jedyny syn, mój świat – teraz patrzył na mnie jak na wroga. Jak do tego doszło? Czy naprawdę zasłużyłam na to, by być czarnym charakterem w jego oczach?

Wszystko zaczęło się dwadzieścia dwa lata temu, kiedy Andrzej – mój mąż, ojciec Michała – spakował walizkę i wyszedł z naszego mieszkania na warszawskim Bródnie. Michał miał wtedy trzy lata i nie rozumiał, dlaczego tata już nie wraca. Ja też nie rozumiałam. Andrzej zostawił mnie z kredytem, dzieckiem i tysiącem pytań bez odpowiedzi.

– Dasz sobie radę, Basia – powtarzała mi wtedy mama. – Dla Michałka musisz być silna.

Byłam silna. Pracowałam na dwa etaty: rano w szkole jako nauczycielka polskiego, wieczorami dorabiałam korepetycjami. Czasem brałam nocne zmiany w sklepie spożywczym u pani Haliny. Nie miałam czasu na łzy ani na żal. Każda złotówka była ważna, każdy dzień był walką o to, by Michał miał wszystko, czego potrzebuje.

Ale dzieci widzą więcej niż nam się wydaje. Michał dorastał szybciej niż rówieśnicy. Często siedział sam w domu, odrabiał lekcje przy kuchennym stole, czekał na mnie do późna. Starałam się wynagrodzić mu brak ojca: kupowałam najlepsze podręczniki, zapisywałam na angielski, jeździliśmy razem nad morze raz w roku. Ale czy to wystarczyło?

Kiedy Michał miał dwanaście lat, Andrzej pojawił się nagle na progu naszego mieszkania. Przyniósł mu nowy rower i obiecał wyjazd do Zakopanego. Michał był w siódmym niebie. Ja patrzyłam na tę scenę z mieszanką ulgi i gniewu.

– Nie możesz tak po prostu wrócić i udawać, że nic się nie stało! – syknęłam do Andrzeja w przedpokoju.
– Basia, nie utrudniaj mi kontaktu z synem – odpowiedział chłodno.

Od tamtej pory Andrzej pojawiał się nieregularnie: raz na święta, raz na urodziny Michała. Zawsze z prezentami, zawsze z szerokim uśmiechem. A ja zostawałam z codziennością: z rachunkami, z chorobą Michała, z jego problemami w szkole.

Gdy Michał dorósł, coraz częściej miał do mnie pretensje.
– Dlaczego nie pozwoliłaś mi częściej widywać się z tatą? – pytał.
– Przecież nigdy ci tego nie zabraniałam! To on sam znikał! – tłumaczyłam się rozpaczliwie.
Ale on już nie słuchał.

Kiedy poszedł na studia do Krakowa, kontakt się rozluźnił. Dzwonił rzadko, odwiedzał mnie tylko na święta. Wtedy zawsze wybuchały kłótnie:
– Mamo, czemu jesteś taka spięta? Czemu ciągle narzekasz?
– Bo martwię się o ciebie! – odpowiadałam.
– Może gdybyś mniej się martwiła, a więcej ufała…

Czułam się coraz bardziej winna. Może rzeczywiście za bardzo go kontrolowałam? Może za bardzo chciałam mu wynagrodzić brak ojca? Ale przecież robiłam wszystko z miłości!

Kilka miesięcy temu dowiedziałam się od sąsiadki, że Andrzej jest poważnie chory. Michał pojechał do niego do szpitala i został tam kilka dni. Potem wrócił do Warszawy i… przestał się do mnie odzywać.

Dzwoniłam codziennie. Pisałam SMS-y: „Michałku, odezwij się”. Cisza.
W końcu przyjechał bez zapowiedzi. Stał w drzwiach z walizką i spojrzał na mnie jak na obcą osobę.
– Musimy porozmawiać – powiedział chłodno.
Usiedliśmy w kuchni.
– Wiesz, co powiedział mi tata? Że to przez ciebie odszedł. Że byłaś zbyt wymagająca, że nie dawałaś mu oddychać…
Zatkało mnie.
– Michał… Twój ojciec… On…
– Nie chcę słuchać twoich wymówek! Całe życie stawiałaś siebie za ofiarę! Może to ty jesteś winna temu wszystkiemu?

Siedziałam w milczeniu, czując jak łzy spływają mi po policzkach. Przez tyle lat byłam dla niego wszystkim: matką, ojcem, przyjaciółką. Teraz byłam nikim.

Po tej rozmowie Michał wyprowadził się do dziewczyny i przestał odbierać moje telefony. Zostałam sama w pustym mieszkaniu pełnym wspomnień: pierwszych rysunków Michała na lodówce, zdjęć z wakacji nad Bałtykiem, jego świadectw szkolnych.

Czasem spotykam go przypadkiem na ulicy. Odwraca wzrok albo udaje, że mnie nie widzi. Sąsiedzi pytają: „Co u Michała?”. Uśmiecham się smutno i odpowiadam: „Dobrze”.

Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Zastanawiam się: gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę można kochać za bardzo? Czy moje poświęcenie było niewidzialne? A może każda matka jest skazana na to, by kiedyś stać się czarnym charakterem w oczach własnego dziecka?

Czy wy też czasem czujecie się niezrozumiani przez najbliższych? Czy można naprawić relację z dorosłym dzieckiem?