Cień nad Jeziorem – Historia Pawła z Olsztyna
Wszystko zaczęło się tamtej nocy, kiedy ojciec wrócił do domu później niż zwykle. Byłem wtedy dzieckiem – miałem może dziewięć lat – i pamiętam, jak leżałem skulony pod kołdrą, wsłuchując się w dźwięki dochodzące z kuchni. Głosy były stłumione, ale napięcie czuło się w powietrzu jak burzę nad jeziorem. Mama płakała. Ojciec krzyczał. A ja, Paweł Nowicki z Olsztyna, po raz pierwszy zrozumiałem, że rodzina może być miejscem bólu, a nie schronienia.
– Znowu nie ma obiadu? – huknął ojciec, rzucając torbą o podłogę.
– Przecież mówiłam, że musiałam zostać dłużej w pracy… – głos mamy drżał.
– Praca! Praca! Zawsze tylko praca! A dzieci? A dom?!
Wiedziałem, że zaraz usłyszę trzask talerzy albo zobaczę cień ojca na ścianie mojego pokoju. Zawsze wtedy zamykałem oczy i liczyłem do stu. Czasem pomagało. Częściej nie.
Mój starszy brat, Tomek, próbował mnie chronić. Kiedy ojciec wpadał w szał, Tomek stawał między nim a mną, czasem nawet dostawał za mnie. Ale ja i tak czułem się winny. Mama powtarzała: „Pawełku, to nie twoja wina”. Ale czy dziecko potrafi w to uwierzyć?
Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Ojciec nie wrócił na noc. Następnego dnia zadzwoniła ciotka z Elbląga – okazało się, że ojciec miał drugą rodzinę. Drugą żonę. Drugiego syna. Zdrada była jak zimny prysznic – nagle wszystko stało się jasne: jego nieobecności, tajemnicze telefony, wyjazdy „w delegację”.
Mama zamknęła się w sobie. Przestała mówić. Chodziła po domu jak cień. Ja i Tomek zostaliśmy sami z pytaniami.
– Tomek, dlaczego tata nas zostawił? – spytałem któregoś wieczoru.
– Bo jest tchórzem – odpowiedział brat przez zaciśnięte zęby. – Ale my damy radę.
Nie dawałem rady. W szkole byłem coraz bardziej wycofany. Koledzy śmiali się ze mnie, bo nie miałem markowych butów ani nowego telefonu. Nauczycielka od polskiego, pani Górska, próbowała ze mną rozmawiać:
– Pawle, wszystko w porządku?
Milczałem. Bałem się powiedzieć prawdę.
W końcu mama zaczęła pracować na dwie zmiany w piekarni. Tomek rzucił technikum i poszedł do pracy na budowie. Ja zostałem sam w pustym mieszkaniu na osiedlu Zatorze. Wieczorami patrzyłem przez okno na światła miasta i marzyłem o tym, żeby ojciec wrócił i wszystko naprawił.
Ale on nie wrócił.
Z czasem nauczyłem się żyć bez niego. Zacząłem grać w piłkę z chłopakami z podwórka. Poznałem Magdę – dziewczynę z sąsiedztwa o rudych włosach i śmiechu jak dzwoneczki. To ona pierwsza powiedziała mi:
– Nie jesteś swoim ojcem.
Ale ja ciągle czułem jego cień nad sobą.
Kiedy miałem siedemnaście lat, mama zachorowała na raka piersi. Szpital stał się naszym drugim domem. Tomek wyjechał do Niemiec za pracą – musiał utrzymać rodzinę. Ja zostałem z mamą sam.
Pamiętam noc przed jej operacją:
– Pawle… jeśli coś mi się stanie…
– Mamo, nie mów tak!
– Musisz wiedzieć… Twój ojciec… on nie był zawsze taki. Kiedyś był dobrym człowiekiem. Coś go złamało…
Nie chciałem tego słuchać. W mojej głowie ojciec był potworem.
Mama przeżyła operację, ale była coraz słabsza. Ja musiałem dorosnąć szybciej niż rówieśnicy. Pracowałem po szkole w sklepie spożywczym, żeby mieć na leki dla mamy.
Wtedy wrócił ojciec.
Pojawił się nagle pod naszym blokiem – starszy, siwy, z podkrążonymi oczami.
– Pawle… musimy porozmawiać.
Chciałem go uderzyć. Krzyczeć na niego za wszystkie lata bólu i upokorzenia. Ale tylko stałem i patrzyłem.
– Wiem, że zawaliłem… Chciałem cię przeprosić…
– Za co? Za to, że biłeś mamę? Za to, że miałeś drugą rodzinę? Za to, że zostawiłeś nas bez grosza?!
Ojciec spuścił głowę.
– Nie potrafiłem inaczej… Mój ojciec też taki był…
– To nie jest wymówka!
Wyszedłem wtedy z domu i długo błąkałem się po mieście. Wróciłem dopiero nad ranem.
Mama spojrzała na mnie smutno:
– Każdy nosi swój krzyż, Pawle… Ale nie pozwól, żeby cudze błędy zatruły ci życie.
Nie umiałem jej wtedy posłuchać.
Po maturze wyjechałem do Warszawy na studia. Chciałem zacząć od nowa – bez przeszłości, bez cienia ojca nad sobą. Ale przeszłość zawsze dogania człowieka.
Po śmierci mamy wróciłem do Olsztyna tylko raz – żeby sprzedać mieszkanie. Spotkałem wtedy Tomka – był już żonaty, miał dwójkę dzieci.
– Wybaczyłeś mu? – spytałem.
Tomek wzruszył ramionami:
– Nie wiem… Może trochę. Dla siebie bardziej niż dla niego.
Zrozumiałem wtedy, że przebaczenie to nie prezent dla winnego – to ulga dla skrzywdzonego.
Dziś mam własną rodzinę – żonę i syna Antka. Każdego dnia boję się, że powtórzę błędy ojca. Czasem łapię się na tym, że podnoszę głos albo trzaskam drzwiami… Wtedy przypominam sobie słowa mamy: „Nie pozwól, żeby cudze błędy zatruły ci życie”.
Czy można naprawdę uciec przed przeszłością? Czy jesteśmy skazani na powtarzanie rodzinnych dramatów? A może wystarczy jeden świadomy wybór każdego dnia?
Ciekaw jestem Waszych historii – czy też nosicie w sobie rodzinne tajemnice? Jak sobie z nimi radzicie?