Wszystko dla dzieci, a teraz sama: Opowieść matki, którą zapomniano

Siedzę w półmroku mojego salonu, patrząc na zegar, który od lat tyka tym samym rytmem. Każda sekunda odbija się echem w pustych ścianach. Wczoraj minęły moje sześćdziesiąte piąte urodziny. Nikt nie zadzwonił. Nawet nie wiem, czy moje dzieci pamiętały. Może byli zajęci swoimi sprawami – praca, dzieci, życie. Ale przecież ja też kiedyś byłam zajęta. Tylko że zawsze znajdowałam czas dla nich.

„Mamo, musisz zrozumieć, że mamy teraz swoje życie” – powiedziała mi ostatnio Kasia przez telefon. Jej głos był zmęczony, jakby rozmawiała ze mną z obowiązku. „Nie możemy być u ciebie co weekend.”

Pamiętam, jak Kasia miała gorączkę i całą noc siedziałam przy jej łóżku, zmieniając kompresy na czole. Pamiętam, jak Tomek płakał po rozstaniu z pierwszą dziewczyną i tuliłam go do siebie, choć miał już wtedy dwadzieścia lat. Pamiętam ich śmiech, ich łzy, ich pierwsze kroki i pierwsze słowa. Wszystko to noszę w sobie jak skarb, który teraz wydaje się ciężarem.

Mój mąż, Andrzej, odszedł pięć lat temu. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Kiedyś było tu gwarno – dzieci biegały po korytarzach, pies szczekał, a ja gotowałam obiad dla całej rodziny. Teraz cisza jest tak gęsta, że czasem mam wrażenie, że mnie dusi.

Dziś rano próbowałam zadzwonić do Tomka. Odebrała jego żona, Ania. „Tomek jest zajęty, oddzwoni później” – powiedziała szybko i odłożyła słuchawkę. Nie oddzwonił. Przez cały dzień czekałam na ten telefon. W końcu usiadłam przy oknie z herbatą i patrzyłam na ludzi spieszących się do pracy. Każdy z nich miał jakiś cel, kogoś do kogo wracał. A ja? Do kogo ja wracam?

Czasem odwiedza mnie sąsiadka, pani Zofia. Jest ode mnie starsza o dziesięć lat i zawsze przynosi domowe ciasto. Rozmawiamy o pogodzie, o polityce, o tym jak drogie są teraz leki. Ale to nie to samo co rozmowa z własnym dzieckiem.

Wczoraj znalazłam w szufladzie stary album ze zdjęciami. Na jednym z nich Kasia ma może pięć lat i trzyma mnie za rękę na placu zabaw. Uśmiecha się szeroko, a ja patrzę na nią z dumą i miłością. Przypomniało mi się wtedy, jak bardzo chciałam być dla nich najlepszą matką. Zrezygnowałam z pracy na pełen etat, żeby być w domu, gotować obiady, pomagać w lekcjach. Andrzej często powtarzał: „Za bardzo ich rozpieszczasz”. Może miał rację?

Kiedy Kasia poszła na studia do Krakowa, płakałam całą noc. Tomek wyjechał do Anglii zaraz po maturze – „Mamo, tu nie ma przyszłości” – mówił wtedy z przekonaniem dorosłego mężczyzny. Wspierałam ich decyzje, choć serce mi pękało.

Teraz mam wrażenie, że moje życie było tylko tłem dla ich historii. Byłam kucharką, pielęgniarką, nauczycielką i powierniczką sekretów. A teraz jestem tylko numerem telefonu na liście kontaktów.

Ostatnio próbowałam zaprosić Kasię na obiad. „Mamo, nie dam rady w tym tygodniu” – usłyszałam w słuchawce. „Może za dwa tygodnie?” Dwa tygodnie minęły i znów cisza.

Czasem myślę o tym, żeby wyjść z domu i pojechać do nich bez zapowiedzi. Ale boję się, że będę dla nich ciężarem. Boję się tej niezręczności w ich oczach – tej samej, którą widziałam ostatnio u Tomka podczas naszej krótkiej wizyty na święta.

Pamiętam naszą ostatnią kłótnię z Kasią. Powiedziała mi wtedy: „Mamo, nie możesz oczekiwać od nas wszystkiego! My też mamy swoje życie!” Krzyczała przez łzy, a ja poczułam się jak dziecko ukarane za coś, czego nie rozumiem.

Czy naprawdę wymagam za dużo? Czy to źle chcieć być potrzebną? Czy to źle tęsknić za własnymi dziećmi?

Czasem myślę o tym wszystkim nocami, kiedy nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok i pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Może powinnam była być bardziej surowa? Może powinnam była myśleć więcej o sobie?

W telewizji mówią o starzejącym się społeczeństwie i samotności seniorów. Pokazują uśmiechniętych ludzi na spacerach w parku albo grających w szachy w klubie seniora. Ale nikt nie mówi o tej pustce w środku – o tym uczuciu bycia niewidzialnym dla własnych dzieci.

Dziś wieczorem znów usiądę przy oknie z herbatą i będę patrzeć na światła miasta. Może jutro ktoś zadzwoni? Może ktoś zapuka do drzwi? A może powinnam nauczyć się żyć sama ze sobą?

Zastanawiam się: czy miłość matki naprawdę jest bezwarunkowa? Czy można dawać wszystko przez całe życie i zostać z niczym? Czy to ja zawiodłam jako matka… czy to świat się zmienił?

Może ktoś z was zna odpowiedź?