Siedemdziesiątka i jedna noc: Cena matczynego marzenia

– Mamo, powiedz mi szczerze: czy naprawdę musiałaś wydawać na to wszystko tyle pieniędzy? – głos Pawła, mojego jedynego syna, rozbrzmiewał w kuchni jak dzwon alarmowy. Stał oparty o framugę drzwi, z rękami skrzyżowanymi na piersi, a jego twarz była napięta jak nigdy wcześniej.

Zamieszałam herbatę, próbując ukryć drżenie dłoni. „To moje siedemdziesiąte urodziny”, pomyślałam. „Czy to tak wiele – chcieć jednej nocy, która będzie tylko moja?”

Ale nie powiedziałam tego na głos. Zamiast tego westchnęłam cicho i spojrzałam na Pawła. – Chciałam tylko raz poczuć się ważna. Dla siebie. Dla was wszystkich.

Marta, jego żona, weszła do kuchni z miną, która nie wróżyła niczego dobrego. – Wiesz, mamo, my z Pawłem mieliśmy nadzieję, że te pieniądze przeznaczysz na coś… bardziej praktycznego. Może na remont mieszkania? Albo… – zawahała się – na wsparcie dla nas? Wiesz przecież, jak ciężko jest teraz z kredytem.

Zacisnęłam usta. Wiedziałam. Słyszałam o tym codziennie przez ostatnie dwa lata. Ale czy to znaczyło, że nie mogłam mieć swojego dnia?

W salonie jeszcze pachniało ciastem i świeżymi kwiatami. Balony powoli opadały na podłogę, a konfetti wciąż tkwiło w zakamarkach dywanu. Goście już dawno wyszli, zostawiając po sobie pustkę i echo śmiechu.

Usiadłam przy stole i spojrzałam na zdjęcie mojego męża, Zbyszka. Odszedł pięć lat temu. To on zawsze powtarzał: „Marysiu, nie odkładaj szczęścia na później”.

– Mamo, nie rozumiesz – Paweł podniósł głos. – My naprawdę liczyliśmy na twoją pomoc. A ty…

– A ja co? – przerwałam mu nagle, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Przez całe życie robiłam wszystko dla was! Odkładałam każdy grosz, żebyście mieli lepiej! Nawet po śmierci ojca…

– Ale to już nie te czasy! – Marta weszła mi w słowo. – Teraz my potrzebujemy wsparcia!

Wstałam gwałtownie od stołu. – Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że chciałam mieć choć jeden dzień dla siebie? Jeden dzień, który zapamiętam do końca życia?

Zapadła cisza. Paweł spuścił wzrok. Marta zacisnęła usta.

Przez chwilę miałam ochotę wybiec z mieszkania i nigdy nie wrócić. Ale gdzie miałabym pójść? To był mój dom. Moje życie.

Pamiętam, jak planowałam tę uroczystość. Każdy szczegół: menu z moimi ulubionymi pierogami ruskimi i barszczem czerwonym, orkiestra z sąsiedniej miejscowości, którą słyszałam kiedyś na weselu kuzynki, a nawet tort z napisem „Sto lat Marysiu!”. Przez kilka miesięcy odkładałam pieniądze z emerytury, rezygnując z nowych butów i wizyty u fryzjera.

Kiedy powiedziałam Pawłowi o swoich planach, tylko się uśmiechnął krzywo: – Mamo, po co ci to? Przecież nikt już nie robi takich imprez.

Ale ja chciałam poczuć się żywa. Chciałam zobaczyć rodzinę przy jednym stole: siostrę Halinę z mężem, wnuczki biegające po ogrodzie, sąsiadkę Krysię śpiewającą „Sto lat” fałszywie jak zawsze.

W dniu urodzin wszystko było idealne… do czasu.

Paweł przyszedł spóźniony. Marta była naburmuszona od wejścia. Wnuczki nawet nie przywitały się ze mną porządnie – od razu pobiegły do telewizora.

Podczas obiadu Paweł odebrał telefon i wyszedł na balkon. Marta siedziała ze ściśniętymi ustami, a ja czułam się jak intruz we własnym domu.

Tylko Halina próbowała ratować sytuację: – Marysiu, pamiętasz nasze dzieciństwo? Jak biegałyśmy po łąkach za domem?

Uśmiechnęłam się przez łzy. Tak bardzo chciałam wrócić do tamtych czasów.

Po obiedzie przyszedł czas na tort. Wszyscy zaśpiewali „Sto lat”, ale czułam, że robią to z obowiązku. Tylko Krysia śpiewała szczerze – fałszując jak zwykle.

Wieczorem zostałam sama wśród pustych talerzy i resztek ciasta. Paweł i Marta wyszli pierwsi – „musimy wracać do dzieci”. Halina została jeszcze chwilę, ale widziałam w jej oczach współczucie pomieszane z bezradnością.

Teraz siedzę przy kuchennym stole i patrzę na swoje odbicie w oknie. Czy naprawdę byłam aż tak samolubna? Czy jeden dzień szczęścia jest wart tylu łez?

Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. Słyszałam w głowie głosy Pawła i Marty: „Zmarnowałaś pieniądze”, „Nie myślisz o rodzinie”, „Teraz my potrzebujemy pomocy”.

A przecież przez całe życie myślałam tylko o nich.

Pamiętam czasy, gdy Paweł był mały. Zbigniew pracował wtedy w kopalni węgla w Katowicach, a ja dorabiałam jako sprzątaczka w szkole podstawowej. Każdy grosz odkładaliśmy na lepszą przyszłość dla Pawła: korepetycje z matematyki, nowe buty na zimę, pierwszy rower kupiony za premie świąteczne.

Kiedy Paweł poszedł na studia do Krakowa, płakałam przez tydzień ze strachu i dumy jednocześnie. Potem poznał Martę – dziewczynę z dobrej rodziny, zawsze elegancką i pewną siebie. Myślałam wtedy: „Może teraz będzie mu lżej”.

Ale życie nie jest bajką.

Po śmierci Zbyszka zostałam sama w dużym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Paweł odwiedzał mnie coraz rzadziej – zawsze miał coś ważniejszego do załatwienia: praca w banku, remont mieszkania, dzieci chore.

Czułam się coraz bardziej niewidzialna.

Dlatego ta uroczystość była dla mnie tak ważna. Chciałam przypomnieć sobie i innym, że jeszcze istnieję.

Rano zadzwoniła Halina:
– Marysiu… jak się czujesz?
– Dziękuję, jakoś… – odpowiedziałam cicho.
– Nie przejmuj się Pawłem. On nie rozumie… Jeszcze kiedyś doceni.
– Może…

Po południu przyszła Krysia z kawałkiem sernika:
– Marysiu, byłaś szczęśliwa choć przez chwilę?
Popatrzyłam jej w oczy i odpowiedziałam szczerze:
– Tak… przez chwilę byłam naprawdę szczęśliwa.

Wieczorem Paweł zadzwonił:
– Mamo… przepraszam za wczoraj. Po prostu… mamy teraz ciężki czas.
– Wiem synku – powiedziałam łagodnie. – Ale czasem trzeba pomyśleć też o sobie.
– Postaram się to zrozumieć.

Odłożyłam słuchawkę i poczułam ulgę pomieszaną ze smutkiem.

Czy jeden dzień szczęścia jest wart ceny rodzinnych kłótni? Czy matka ma prawo marzyć o czymś tylko dla siebie?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu?