Codzienne wizyty po rozwodzie: Dlaczego wciąż wracam do byłej teściowej?
— Znowu tam idziesz? — głos mojego męża, Pawła, rozbrzmiewał w kuchni z nutą irytacji.
Stałam przy zlewie, myjąc ręce po obiedzie. Spojrzałam na niego przez ramię. — Muszę. Obiecałam jej, że przyniosę zakupy.
Westchnął ciężko, odkładając gazetę na stół. — To już dziesiąty rok, Aniu. Dziesięć lat po rozwodzie z Tomkiem, a ty codziennie u niej siedzisz. Nie rozumiem tego.
Zacisnęłam dłonie na ściereczce. — Ty nie musisz rozumieć — odpowiedziałam cicho, choć w środku aż się we mnie gotowało. — Ona nie ma nikogo.
Wyszłam z domu, czując na sobie spojrzenia sąsiadów. Pani Basia zza płotu uśmiechała się złośliwie, szepcząc coś do pana Zbyszka. Wszyscy wiedzieli, że codziennie odwiedzam Marię — moją byłą teściową. Wszyscy mieli swoje teorie.
Gdy weszłam do jej mieszkania na trzecim piętrze starej kamienicy, poczułam znajomy zapach kawy i lawendy. Maria siedziała przy oknie, patrząc na ulicę.
— Przyniosłaś chleb? — zapytała bez odwracania głowy.
— Tak, i twoje ulubione jabłka — odpowiedziałam, stawiając torbę na stole.
Przez chwilę milczałyśmy. W końcu Maria odezwała się cicho:
— Dziękuję, Aniu. Bez ciebie… nie wiem, co bym zrobiła.
Usiadłam naprzeciwko niej. Jej dłonie drżały, gdy nalewała kawę do filiżanek. Miała już ponad osiemdziesiąt lat, a od śmierci jej męża była zupełnie sama. Tomek — mój były mąż — wyjechał do Anglii zaraz po rozwodzie i od tamtej pory kontaktował się z matką tylko przez telefon raz na kilka miesięcy.
Pamiętam dzień naszego rozstania jakby to było wczoraj. Tomek spakował walizki i wyszedł bez słowa. Zostawił mnie z naszym synem, Michałem, i z Marią, która wtedy płakała razem ze mną. To ona była przy mnie, gdy nie mogłam spać po nocach ze strachu o przyszłość. To ona pomagała mi odbudować życie.
Kiedy poznałam Pawła i zaczęliśmy razem mieszkać, wszyscy oczekiwali, że zerwę kontakt z Marią. Ale ja nie potrafiłam. Była dla mnie jak matka.
— Aniu — Maria przerwała moje myśli — czy Michał przyjdzie dziś?
Pokręciłam głową. — Ma dużo nauki przed maturą.
Westchnęła ciężko. — Tyle lat minęło… A ja wciąż czuję się winna za to wszystko.
Spojrzałam na nią zaskoczona. — Za co?
— Za Tomka… Za to, że nie potrafiłam go zatrzymać przy was. Może gdybym była inną matką…
Złapałam ją za rękę. — To nie twoja wina. On sam podjął decyzję.
W jej oczach pojawiły się łzy. Po raz kolejny poczułam ten znajomy ból — mieszankę żalu i wdzięczności. Przez lata Maria stała się dla mnie kimś więcej niż tylko byłą teściową. Była moją powierniczką, wsparciem w najtrudniejszych chwilach.
Ale nie wszyscy to rozumieli.
Pewnego dnia Paweł postawił sprawę jasno:
— Albo ona, albo ja. Nie mogę dłużej patrzeć, jak poświęcasz naszą rodzinę dla obcej kobiety!
Zamarłam. Michał stał w drzwiach pokoju, słysząc każde słowo.
— Ona nie jest obca! — krzyknęłam przez łzy. — Gdyby nie ona, nie byłoby mnie tu dzisiaj!
Paweł wyszedł trzaskając drzwiami. Michał podszedł do mnie i objął mnie mocno.
— Mamo… Ja rozumiem. Babcia Maria to też moja rodzina.
Wtedy poczułam ulgę, ale też strach. Czy naprawdę muszę wybierać? Czy miłość do jednej osoby wyklucza drugą?
Sąsiedzi plotkowali coraz głośniej:
— Może ona ma romans z byłą teściową?
— A może chodzi o spadek?
— Albo o jakieś stare winy?
Każdego dnia wracałam do Marii mimo wszystko. Pomagałam jej wstać z łóżka, gotowałam obiady, słuchałam jej opowieści o młodości spędzonej w powojennej Warszawie.
Pewnego wieczoru Maria poprosiła mnie o coś niezwykłego:
— Aniu… Gdyby coś mi się stało… Chciałabym, żebyś ty zajęła się moim mieszkaniem. Nie chcę, żeby Tomek sprzedał je komuś obcemu.
Zaniemówiłam.
— Ale… przecież to nie moje miejsce…
Uśmiechnęła się smutno.
— Jesteś dla mnie jak córka. Zawsze byłaś.
Wróciłam do domu roztrzęsiona. Paweł czekał na mnie w kuchni.
— I co? Znowu byłaś u niej do nocy? — zapytał lodowato.
Nie odpowiedziałam. Położyłam się spać obok niego, ale czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Następnego dnia zadzwonił Tomek z Anglii:
— Słyszałem od mamy, że często u niej bywasz… Dziękuję ci za to.
Zaskoczył mnie tym wyznaniem.
— Robię to dla niej… i trochę dla siebie — odpowiedziałam szczerze.
Po tej rozmowie zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. Czy naprawdę jestem szczęśliwa? Czy moje poczucie obowiązku wobec Marii wynika tylko z wdzięczności? A może boję się samotności tak samo jak ona?
Dziś wiem jedno: rodzina to nie tylko więzy krwi czy papierki rozwodowe. To ludzie, którzy byli przy nas wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy.
Czasem pytam siebie: czy można kochać dwie rodziny jednocześnie? Czy lojalność wobec przeszłości zawsze musi oznaczać zdradę teraźniejszości? Co wy byście zrobili na moim miejscu?