Wyrzuciłam ciotkę męża z domu: Jej bezczelność nie miała granic

— Ona naprawdę chce cię poznać. Przecież była za granicą, kiedy braliśmy ślub, i nie mogła być na naszym weselu! — powiedział Janek, mój mąż, z tym swoim łagodnym uśmiechem, który zwykle rozbrajał każdą moją niepewność. Ale tym razem coś ścisnęło mnie w żołądku. Może to przez opowieści teściowej o ciotce Halinie, która zawsze miała swoje zdanie i nie przebierała w słowach? A może po prostu przeczuwałam, że to spotkanie nie będzie zwyczajne.

Przygotowałam się najlepiej jak umiałam. Upiekłam sernik według przepisu mojej mamy, posprzątałam mieszkanie tak, że nawet pod kanapą nie znalazłbyś okruszka. Chciałam, żeby wszystko było idealnie — dla Janka, dla jego rodziny, dla tej kobiety, która miała być dla niego jak druga matka. Kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, serce mi waliło jak młotem.

— Dzień dobry! — usłyszałam głos, zanim jeszcze otworzyłam drzwi. Stała tam — wysoka, postawna kobieta po pięćdziesiątce, z ostrym spojrzeniem i uśmiechem, który bardziej przypominał grymas. — To ty jesteś tą żoną Janka? — zapytała, zanim zdążyłam się przedstawić.

— Tak, jestem Marta — odpowiedziałam, starając się brzmieć pewnie.

— No zobaczymy, co z ciebie za gospodyni — rzuciła i weszła do środka, nawet nie czekając na zaproszenie.

Od pierwszych minut czułam się jak na egzaminie. Halina rozglądała się po mieszkaniu z miną inspektora sanitarnego. — O, widzę, że firanki nie są wyprasowane. A te kwiaty na parapecie to chyba już dawno powinny być wyrzucone — komentowała bez skrupułów. Janek próbował rozładować atmosferę żartem, ale ona tylko machnęła ręką.

Przy stole było jeszcze gorzej. — Sernik? Hm, moja mama robiła lepszy. Ale może następnym razem ci wyjdzie — powiedziała po pierwszym kęsie. Czułam, jak policzki mi płoną ze wstydu i złości. Starałam się nie reagować, ale Halina była jak taran.

— A czym ty się właściwie zajmujesz? — zapytała nagle.

— Pracuję w agencji reklamowej — odpowiedziałam.

— Reklamy? No proszę… Kiedyś kobiety miały poważniejsze zawody. Nauczycielka, pielęgniarka… Teraz to tylko te komputery i głupoty — westchnęła teatralnie.

Janek spojrzał na mnie przepraszająco. Chciałam mu powiedzieć wzrokiem: „Zrób coś!”, ale on tylko bezradnie wzruszył ramionami.

Kiedy Halina zaczęła opowiadać o tym, jak to ona by urządziła nasze mieszkanie lepiej i że powinniśmy już myśleć o dzieciach („Bo zegar tyka!”), poczułam, że mam dość. Próbowałam zmienić temat, ale ona była nie do zatrzymania.

— Wiesz co, Marto? Ty chyba nie jesteś gotowa na rodzinę. W twoim wieku to już powinnaś mieć przynajmniej dwójkę dzieci! — rzuciła nagle.

To był moment, kiedy coś we mnie pękło.

— Przepraszam bardzo, ale nie pozwolę sobie na takie komentarze w moim własnym domu — powiedziałam stanowczo. Głos mi drżał, ale patrzyłam jej prosto w oczy.

Halina spojrzała na mnie z niedowierzaniem. — Co ty sobie wyobrażasz? Ja tu jestem rodziną!

— Tak, ale ja tu mieszkam. I nie pozwolę nikomu mnie obrażać — odpowiedziałam cicho, ale zdecydowanie.

Janek próbował interweniować: — Ciociu, proszę…

— Nie! Skoro jestem tu niemile widziana, to wychodzę! — Halina zerwała się od stołu i zaczęła zbierać swoje rzeczy.

Wyszła trzaskając drzwiami tak mocno, że aż obraz spadł ze ściany. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Janek patrzył na mnie z wyrzutem.

— Musiałaś tak ostro? To przecież moja rodzina…

— A ja? Ja też jestem twoją rodziną! — wybuchłam. — Ile jeszcze razy mam pozwalać się poniżać tylko dlatego, że ktoś jest „rodziną”?

Janek milczał długo. W końcu wyszedł do drugiego pokoju i zamknął za sobą drzwi.

Tej nocy nie mogliśmy zasnąć. Każde leżało po swojej stronie łóżka. W głowie kłębiły mi się myśli: Czy zrobiłam dobrze? Czy powinnam była zacisnąć zęby i udawać, że wszystko jest w porządku? Czy to ja jestem problemem?

Następnego dnia zadzwoniła teściowa. — Marta… Co ty zrobiłaś Halinie? Ona jest wściekła! Cała rodzina już wie…

Poczułam się jak czarna owca. Przez kolejne dni Janek był oschły i zamknięty w sobie. W pracy nie mogłam się skupić. Zaczęłam wątpić w siebie i w nasze małżeństwo.

Po tygodniu Janek wrócił wcześniej do domu. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.

— Wiesz… Może rzeczywiście przesadziłem z tym naciskiem na spotkanie z ciotką. Ale ona zawsze była taka… trudna. Nie chciałem cię narażać na coś takiego — powiedział cicho.

Popatrzyłam na niego ze łzami w oczach.

— Ja po prostu chciałam być częścią tej rodziny… Ale nie za wszelką cenę.

Janek ujął moją dłoń.

— Jesteś moją rodziną. Najważniejszą.

Nie wiem, czy kiedykolwiek pogodzę się z Haliną. Może ona nigdy mnie nie zaakceptuje. Ale czy naprawdę musimy znosić toksycznych ludzi tylko dlatego, że są spokrewnieni?

Czasem zastanawiam się: gdzie kończy się lojalność wobec rodziny, a zaczyna szacunek do samego siebie? Czy miałam prawo wyrzucić ją z własnego domu? Może wy też kiedyś musieliście postawić granicę komuś bliskiemu?