Sama przeciwko światu: Historia Anny i jej walki o macierzyństwo

— Pani Anno, przykro mi, ale szanse na naturalną ciążę są bardzo niewielkie. — Słowa lekarza dźwięczały mi w uszach jeszcze długo po wyjściu z gabinetu. Siedziałam na zimnym krześle w poczekalni, ściskając w dłoni kartkę z wynikami badań. Ludzie wokół mnie rozmawiali szeptem, a ja czułam się jakby świat nagle przestał istnieć. Wszystko, o czym marzyłam, rozpadło się w jednej chwili.

Wróciłam do domu późnym popołudniem. Mama czekała na mnie w kuchni, mieszając zupę. — I co powiedział doktor? — zapytała z nadzieją w głosie. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. — Nie będzie łatwo… — wyszeptałam, a łzy same napłynęły mi do oczu. Mama podeszła, objęła mnie ramieniem, ale czułam, że nie rozumie mojego bólu. Dla niej macierzyństwo było czymś oczywistym, naturalnym. Dla mnie stało się walką.

Od lat byłam sama. Po rozstaniu z Piotrem nie potrafiłam nikomu zaufać. Wszyscy wokół mnie zakładali rodziny, rodziły się dzieci, a ja coraz częściej słyszałam pytania: „Kiedy ty w końcu kogoś znajdziesz?”, „Nie boisz się zostać sama?”. Te słowa bolały bardziej niż diagnoza lekarza.

Wieczorami przeglądałam fora internetowe, czytałam historie kobiet takich jak ja. Samotnych, pragnących dziecka, gotowych zrobić wszystko, by poczuć pod sercem nowe życie. Zaczęłam rozważać in vitro. Wiedziałam, że w Polsce to temat kontrowersyjny, zwłaszcza dla samotnych kobiet. Ale nie miałam wyboru. To była moja ostatnia szansa.

Zebrałam wszystkie oszczędności. Każda złotówka była dla mnie jak cegiełka do budowy nowego życia. W pracy brałam nadgodziny, rezygnowałam z wakacji i spotkań ze znajomymi. Kiedy powiedziałam mamie o swojej decyzji, spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

— Sama? Bez męża? Co ludzie powiedzą?

— Mamo, to moje życie! — krzyknęłam przez łzy. — Nie obchodzi mnie, co powiedzą sąsiedzi czy ciotka Basia! Chcę być matką!

W domu zaczęły się ciche dni. Mama nie potrafiła zaakceptować mojej decyzji. Ojciec milczał, udawał, że nic się nie dzieje. Brat wyjechał do Anglii i kontaktował się ze mną tylko przez Facebooka. Czułam się coraz bardziej samotna.

Pierwsza wizyta w klinice była jak wejście do innego świata. Białe ściany, zapach dezynfekcji i kobiety w różnym wieku — wszystkie z tym samym pragnieniem w oczach. Lekarka była uprzejma, ale rzeczowa.

— Musi pani wiedzieć, że procedura nie daje gwarancji sukcesu — powiedziała spokojnie. — Ale jeśli jest pani gotowa spróbować…

Byłam gotowa. Bałam się jak nigdy wcześniej, ale wiedziałam, że muszę spróbować.

Zastrzyki hormonalne, badania, kolejne wizyty. Każdy dzień był walką z własnym ciałem i psychiką. W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku. Koleżanki opowiadały o swoich dzieciach, a ja uśmiechałam się sztucznie i ukradkiem ocierałam łzy w toalecie.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie ciotka Basia.

— Aniu, słyszałam… Ty naprawdę chcesz zrobić to in vitro? Sama? Przecież to grzech!

— Ciociu, proszę… To moja decyzja.

— Ale co ludzie powiedzą? Jak ty sobie poradzisz?

Rozłączyłam się bez słowa. Czułam się jak wyrzutek we własnej rodzinie.

Przyszedł dzień transferu zarodka. Leżałam na szpitalnym łóżku i patrzyłam w sufit. Modliłam się po cichu: „Boże, jeśli istniejesz, daj mi siłę”.

Czekałam dwa tygodnie na wynik testu ciążowego. Każda minuta była wiecznością. W końcu zadzwoniła lekarka.

— Pani Anno… Gratuluję. Jest pani w ciąży.

Nie pamiętam, jak wróciłam do domu. Płakałam ze szczęścia i strachu jednocześnie. Mama patrzyła na mnie długo w milczeniu.

— Wiesz… Może nie rozumiem wszystkiego — powiedziała cicho — ale jeśli to jest twoje szczęście… będę przy tobie.

Ciąża nie była łatwa. Zmagałam się z lękiem przed poronieniem, samotnością i komentarzami ludzi na ulicy: „Taka młoda i bez męża?”, „Dziecko bez ojca? Co to za czasy?”. Każde takie słowo bolało jak nóż.

Ale kiedy po dziewięciu miesiącach trzymałam w ramionach moją córeczkę Zosię, wiedziałam, że było warto. Patrzyłam na jej maleńką twarz i czułam dumę oraz ulgę.

Dziś jestem samotną matką. Nie jest łatwo — czasem brakuje pieniędzy, czasem sił i cierpliwości. Ale mam Zosię i wiem, że zrobiłabym to jeszcze raz.

Czy społeczeństwo kiedykolwiek zaakceptuje takie kobiety jak ja? Czy samotna matka zawsze będzie musiała walczyć o swoje miejsce? Może kiedyś świat zrozumie, że miłość matki nie potrzebuje aprobaty innych.