Telefon, który rozdarł moje serce: Gdy przeszłość wraca w najmniej oczekiwanym momencie

— Halo? — mój głos drżał, gdy odbierałam telefon o szóstej rano. W słuchawce rozległ się cichy, profesjonalny głos: — Czy rozmawiam z panią Martą Nowak? Tu oddział ratunkowy Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu. Musi pani przyjechać. Pański ojciec, pan Stanisław Nowak, został przyjęty w stanie ciężkim.

Na moment świat zawirował. Ojciec. Człowiek, którego imienia nie wypowiadałam od lat, którego twarz wymazałam z pamięci, a wspomnienia o nim zamknęłam głęboko w szufladzie serca. Przez chwilę miałam ochotę odłożyć słuchawkę i udawać, że to nie dotyczy mnie. Ale głos pielęgniarki był nieustępliwy: — Pani Marta, jest pani najbliższą rodziną. Musi pani podjąć decyzje.

Wysunęłam się z łóżka, czując, jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa. W kuchni czekała na mnie mama — jej twarz była już od lat napięta i zmęczona. — Kto dzwonił? — zapytała cicho. — Szpital. Tata… — urwałam, bo słowo „tata” zabrzmiało jak obce imię. Mama spojrzała na mnie z bólem i czymś jeszcze — może nadzieją? — Musisz tam jechać, Marto. To twoja decyzja, ale… — zawahała się. — On był twoim ojcem.

Przez całą drogę do szpitala walczyłam z własnymi myślami. Przypominały mi się wieczory sprzed lat: krzyki, trzaskanie drzwiami, zapach alkoholu unoszący się w mieszkaniu na Jeżycach. Pamiętam, jak miałam dwanaście lat i przysięgłam sobie, że nigdy nie będę taka jak on. Że nigdy nie pozwolę mu już mnie zranić.

W szpitalu pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali intensywnej terapii. Ojciec leżał podłączony do aparatury, blady i bezbronny jak dziecko. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z sali, ale wtedy otworzył oczy i spojrzał na mnie. — Marta… — wyszeptał z trudem.

— Po co tu przyszłaś? — zapytał nagle ostro, jakby chciał mnie odepchnąć nawet teraz. — Przyszłam, bo zadzwonili ze szpitala — odpowiedziałam chłodno. — Nie dla ciebie.

Przez chwilę milczeliśmy. W powietrzu wisiała cała nasza przeszłość: niewypowiedziane żale, krzywdy i pytania bez odpowiedzi.

— Wiesz… zawsze myślałem, że wrócisz — powiedział nagle cicho. — Że mi wybaczysz.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata budowałam wokół siebie mur, ale teraz ten mur zaczynał się kruszyć. — Nie wiem, czy potrafię wybaczyć — wyszeptałam.

Wyszłam z sali i usiadłam na zimnym korytarzu. Obok mnie przechodziły pielęgniarki, ktoś płakał za ścianą. Zadzwoniłam do brata, Piotra. — Piotrek, tata jest w szpitalu. Jest źle.

— I co z tego? — usłyszałam w słuchawce jego gniewny głos. — On nas zostawił! Zapomniałaś?

— Nie wiem, co robić… Może powinniśmy go zobaczyć? Może to ostatnia szansa?

— Ja nie chcę go widzieć! Ty rób, co chcesz.

Zostałam sama ze swoimi myślami. Przez kolejne dni jeździłam do szpitala, rozmawiałam z lekarzami, podpisywałam zgody na kolejne zabiegi. Ojciec czasem był przytomny, czasem odpływał w majaczeniach. Raz powiedział: — Przepraszam cię za wszystko… Za to, że byłem taki słaby.

Nie wiedziałam, czy to wystarczy. Czy jedno „przepraszam” może naprawić lata bólu? Czy można wybaczyć komuś tylko dlatego, że umiera?

Mama dzwoniła codziennie: — Jak on się czuje? A ty?

— Nie wiem… Czuję się rozdarta.

— Może czasem trzeba zamknąć stare rany, żeby móc żyć dalej — powiedziała cicho.

W końcu lekarz poprosił mnie na rozmowę: — Pani Marto, pański ojciec nie ma już dużo czasu. Jeśli chce pani coś powiedzieć albo zapytać… proszę się nie wahać.

Wróciłam do sali. Ojciec patrzył na mnie błagalnie.

— Marta… czy możesz mi wybaczyć?

Łzy napłynęły mi do oczu. — Nie wiem… Ale spróbuję.

Trzymałam go za rękę do samego końca. Kiedy odszedł, poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Wiedziałam jednak, że zrobiłam wszystko, co mogłam.

Dziś często wracam myślami do tamtego telefonu i tej decyzji. Czy można naprawdę wybaczyć komuś tak wielką krzywdę? Czy to ja powinnam była zrobić pierwszy krok? A może są rany, które nigdy się nie goją?