Mamy dość bycia niańkami dla własnych wnuków. Postanowiliśmy nauczyć naszą córkę pokory – oto jak wyglądał nasz bunt
– Mamo, możesz zostać z dziećmi jeszcze dziś? – głos Kasi, mojej córki, brzmiał jak rozkaz, nie prośba. Stałam przy kuchennym blacie, krojąc marchewkę do zupy, a w mojej głowie kłębiły się myśli. Znowu. Znowu to samo. Od lat z mężem byliśmy dla niej i jej rodziny darmową pomocą – niańkami, kucharkami, kierowcami. Kocham wnuki, ale w pewnym momencie poczułam, że przestaliśmy być rodziną, a staliśmy się służbą.
– Kasiu, nie mogę dzisiaj – odpowiedziałam cicho, czując jak serce bije mi szybciej. – Mamy z tatą swoje plany.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Wiedziałam, że ją zaskoczyłam. Zawsze byliśmy na każde zawołanie. Nawet kiedy bolały mnie plecy albo byłam zmęczona po nieprzespanej nocy, nigdy nie odmawiałam. Ale tego dnia coś we mnie pękło.
– Jak to nie możesz? – Kasia podniosła głos. – Przecież zawsze możesz! Co jest ważniejsze od własnych wnuków?
Wzięłam głęboki oddech. – Nasze życie też jest ważne, Kasiu. Chcemy z tatą pojechać do kina, spotkać się ze znajomymi. Nie możemy być cały czas na twoje zawołanie.
Usłyszałam westchnienie i trzask słuchawki. Przez chwilę stałam w ciszy, czując ciężar tej rozmowy na barkach. Mąż wszedł do kuchni i spojrzał na mnie pytająco.
– Powiedziałaś jej?
Pokiwałam głową. – Tak. Nie była zadowolona.
Marek podszedł i objął mnie ramieniem. – Dobrze zrobiłaś. Ile można? Przecież mamy prawo do swojego życia.
Przez kolejne dni atmosfera była napięta. Kasia nie dzwoniła. Nie przyjeżdżała z dziećmi na niedzielny obiad. Wnuki przestały wysyłać mi rysunki przez telefon. Czułam się rozdarta – z jednej strony ulga, że wreszcie postawiłam granicę, z drugiej – ból i tęsknota za rodziną.
Wieczorami rozmawialiśmy z Markiem o tym, co się stało.
– Może przesadziliśmy? – spytałam któregoś wieczoru, patrząc na zdjęcie wnuków na komodzie.
– Nie przesadziliśmy – odpowiedział stanowczo Marek. – Kasia musi zrozumieć, że nie jesteśmy jej służącymi. Pomagaliśmy zawsze z serca, ale ona zaczęła to traktować jak obowiązek.
Wiedziałam, że ma rację, ale serce matki nie zna logiki. Każda cisza ze strony Kasi bolała mnie bardziej niż poprzednia.
Po tygodniu zadzwoniła teściowa Kasi – pani Zofia.
– Pani Aniu, co się dzieje? Kasia chodzi jak struta, dzieci płaczą za babcią…
Opowiedziałam jej wszystko. O tym, jak od lat jesteśmy na każde skinienie córki, jak nasze życie podporządkowaliśmy jej rodzinie.
– Oj, znam to… – westchnęła pani Zofia. – Ja też czasem mam dość, ale boję się odmówić.
Zrozumiałam wtedy, że nie jestem sama. Że wiele babć i dziadków w Polsce żyje tak samo – rozdartych między miłością do wnuków a własnymi potrzebami.
Minęły dwa tygodnie. W końcu Kasia przyszła do nas sama. Bez dzieci.
– Mamo, tato… – zaczęła niepewnie, siadając przy stole. – Przepraszam. Chyba rzeczywiście przesadziłam.
Popatrzyłam na nią uważnie. Była zmęczona, miała podkrążone oczy.
– Kasiu, my cię kochamy – powiedział Marek łagodnie. – Ale musisz zrozumieć, że mamy prawo do swojego życia.
Kasia spuściła głowę.
– Wiem… Tylko ja tak bardzo liczyłam na waszą pomoc… Czasem mam wrażenie, że sobie nie radzę.
Poczułam ukłucie w sercu. Przypomniałam sobie siebie sprzed lat – młodą mamę bez wsparcia własnej matki, która musiała radzić sobie sama.
– Pomoc to jedno – powiedziałam cicho – ale wykorzystywanie to drugie. Chcemy być częścią waszego życia, ale nie możemy być tylko opiekunkami do dzieci.
Kasia zaczęła płakać.
– Przepraszam… Naprawdę przepraszam…
Objęłam ją i poczułam ulgę. Może wreszcie coś się zmieni?
Od tamtej pory nasze relacje powoli zaczęły wracać do normy. Kasia rzadziej prosiła o pomoc i częściej dziękowała za każdą przysługę. Wnuki znów przychodziły do nas na obiady i zabawy – ale już nie codziennie, tylko wtedy, gdy naprawdę tego chcieliśmy.
Czasem jednak zastanawiam się: czy można znaleźć złoty środek między pomocą a asertywnością? Czy każda matka musi przejść przez bunt wobec własnych dzieci? Co wy o tym myślicie?