Pod powierzchnią: Wyznania jednej teściowej
— Mamo, proszę cię, nie wtrącaj się już więcej! — głos Pawła drżał, a ja poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Stałam w kuchni, oparta o blat, z dłonią zaciśniętą na ściereczce. Maja patrzyła na mnie z chłodnym spokojem, który zawsze odbierałam jako wyzwanie. W powietrzu wisiała cisza, ciężka jak zimowy śnieg na dachu starego domu.
Nie wiem, kiedy zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy Paweł przyprowadził Maję po raz pierwszy do naszego mieszkania na Pradze. Była młoda, piękna, pewna siebie — zupełnie inna niż ja w jej wieku. Pamiętam, jak próbowałam ją polubić, naprawdę próbowałam. Gotowałam jej ulubione pierogi, pytałam o pracę, o rodzinę. Ale ona zawsze trzymała mnie na dystans, jakby bała się, że ją ocenię.
Z biegiem lat dystans rósł. Po ślubie Pawła i Mai zamieszkali w nowym bloku na Ursynowie. Czułam się coraz bardziej niepotrzebna. Dzwoniłam do Pawła, proponowałam pomoc przy dzieciach — zawsze słyszałam: „Mamo, damy sobie radę”. Ale przecież matka wie lepiej, prawda? Tak mnie wychowano. Matka to opoka.
Kiedy przyszły trudniejsze czasy — Paweł stracił pracę, Maja zaczęła pracować na dwa etaty — chciałam być blisko. Przychodziłam z obiadem, sprzątałam im mieszkanie, odbierałam wnuki z przedszkola. Myślałam, że robię dobrze. Ale pewnego dnia Maja powiedziała mi prosto w oczy: „Pani Ludwiko, proszę nie przychodzić bez zapowiedzi. To nasz dom.”
Zatkało mnie. Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Wyszłam wtedy na klatkę schodową i płakałam jak dziecko. Czy naprawdę stałam się intruzem w życiu własnego syna?
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Paweł coraz rzadziej dzwonił. Wnuki widywałam tylko od święta. Czułam się jak duch krążący po pustym mieszkaniu. Zaczęły wracać wspomnienia z dzieciństwa Pawła — jak tulił się do mnie po nocnych koszmarach, jak razem piekliśmy szarlotkę na imieniny taty.
Pewnego dnia Paweł przyszedł sam. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole i długo milczał.
— Mamo… — zaczął cicho — Maja mówi, że przez ciebie nie możemy normalnie żyć.
Zamarłam.
— Przecież tylko chciałam pomóc…
— Wiem, ale… ona czuje się przez ciebie kontrolowana. Ja też czasem mam wrażenie, że nie pozwalasz nam być rodziną po swojemu.
Siedziałam w ciszy, patrząc na swoje spracowane dłonie. Czy naprawdę byłam taka ślepa? Czy moje dobre intencje mogły zranić najbliższych?
Od tamtej rozmowy minęły tygodnie. Próbowałam się wycofać — rzadziej dzwoniłam, nie przychodziłam bez zaproszenia. Ale samotność bolała coraz bardziej. Sąsiadka Zosia mówiła: „Ludwika, nie przejmuj się! Dzieci teraz takie są — niewdzięczne!” Ale ja wiedziałam, że to nieprawda. To ja nie umiałam znaleźć swojego miejsca w ich świecie.
Któregoś wieczoru zadzwoniła do mnie wnuczka, Hania.
— Babciu, czemu już do nas nie przychodzisz?
— Bo mama i tata chcą mieć trochę spokoju — odpowiedziałam ostrożnie.
— Ale ja za tobą tęsknię…
Serce mi pękło. Chciałam pobiec do nich natychmiast, ale powstrzymałam się. Musiałam nauczyć się żyć inaczej.
W święta Bożego Narodzenia zaprosili mnie do siebie. Siedziałam przy stole obok Mai i czułam napięcie w powietrzu. Dzieci biegały wokół choinki, a ja patrzyłam na synową i próbowałam znaleźć w sobie odrobinę zrozumienia dla jej lęków.
Po kolacji podeszła do mnie Maja.
— Pani Ludwiko… przepraszam, jeśli byłam dla pani ostra. Po prostu… czasem czuję się niewystarczająco dobrą matką przy pani.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
— Maju… ja też się boję. Boję się być sama. Boję się stracić rodzinę.
Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Może pierwszy raz zobaczyłyśmy w sobie nie rywalki, a dwie kobiety zagubione w świecie oczekiwań i lęków.
Dziś siedzę sama w kuchni i piszę te słowa. Wiem już, że nie mogę żyć życiem mojego syna ani jego żony. Muszę nauczyć się być dla nich wsparciem — nie ciężarem.
Ale czy potrafię jeszcze znaleźć swoje miejsce? Czy można nauczyć się samotności po tylu latach bycia potrzebną? Czasem myślę: może to właśnie jest najtrudniejsza lekcja macierzyństwa — pozwolić dzieciom odejść i samemu nauczyć się żyć od nowa.