Sprzedana jak ciężar: Cud w Beskidach. Moja walka o prawdę i godność

— Nie płacz, Marysiu. Już się zdecydowaliśmy — głos matki był zimny jak woda w studni o świcie. Stałam na środku kuchni, z rękami splecionymi na brzuchu, próbując nie patrzeć ojcu w oczy. On tylko westchnął ciężko i odwrócił się do okna, jakby tam, za szybą, czekała na niego lepsza córka.

Miałam wtedy siedemnaście lat i czułam się jak stara kobieta. Od lat słyszałam szepty: „Stearpa”, „Bezpłodna”, „Po co nam taka?”. Lekarze z powiatowego szpitala powiedzieli matce, że mam jakąś wadę i raczej nie będę mogła mieć dzieci. W naszej wiosce w Beskidach to był wyrok. Dziewczyna bez perspektyw na rodzinę była ciężarem — a ja byłam najstarsza z pięciorga rodzeństwa.

Ojciec znalazł rozwiązanie. Przyszedł do nas Staszek Krawiec — wdowiec po czterdziestce, z opinią wariata. Mieszkał na końcu wsi, w chacie pod lasem, sam jak palec. Ludzie mówili, że rozmawia ze zwierzętami i widuje duchy. Ale miał ziemię i trochę pieniędzy po żonie. Ojciec sprzedał mnie za worek kartofli, dwie świnie i beczkę kiszonej kapusty.

— Marysiu, to dla twojego dobra — powtarzała matka, kiedy pakowała mi do torby stary sweter i kawałek chleba. — Przynajmniej nie będziesz głodna.

Nie byłam głodna. Byłam pusta.

Pierwsze tygodnie u Staszka były jak życie w innym świecie. Chata była ciemna i zimna, a on sam milczący, zarośnięty, z oczami jak dwa kawałki krzemienia. Nie bił mnie, nie krzyczał — po prostu był. Czasem patrzył na mnie długo, jakby próbował coś zrozumieć.

— Nie boisz się mnie? — zapytał któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy piecu.

— Wszyscy się pana boją — odpowiedziałam cicho.

— A ty?

Pokręciłam głową. Bałam się tylko tego, że już nigdy nie będę niczyja.

Z czasem zaczęłam dostrzegać w nim coś więcej niż dziwaka. Potrafił godzinami słuchać lasu, znał każdy ptasi śpiew i każdą ścieżkę. Uczył mnie rozpoznawać zioła i opowiadał historie o dawnych mieszkańcach gór. Zaczęłam czuć się bezpieczna — pierwszy raz od lat.

Ale wieś nie zapomniała o mnie. Na targu kobiety szeptały za moimi plecami:

— To ta stearpa od Krawca…

Czasem ktoś rzucił kamieniem w naszą furtkę albo zostawił na progu martwego szczura. Staszek nie reagował. Ja płakałam nocami w poduszkę.

Pewnego dnia do chaty przyszedł listonosz z telegramem. Mój najmłodszy brat zachorował ciężko na zapalenie płuc. Matka błagała mnie o pomoc — tylko ja mogłam pojechać do miasta po lekarstwa.

Staszek spojrzał mi w oczy:

— Idź. Ale pamiętaj — nie musisz wracać, jeśli nie chcesz.

Pojechałam. W domu matka przyjęła mnie jak obcą. Ojciec nawet nie spojrzał w moją stronę. Brat leżał blady jak ściana, a ja przez trzy dni walczyłam o jego życie.

W nocy podsłuchałam rozmowę rodziców:

— Może by ją jednak oddać do miasta? Tam podobno szukają służących…

— A jeśli wróci do Krawca?

— Co nas to obchodzi? I tak już jej nie ma.

Wróciłam do Staszka z sercem ciężkim jak kamień. On tylko skinął głową i podał mi kubek herbaty z lipy.

— Wiesz, Marysiu… — zaczął niepewnie — ludzie gadają różne rzeczy. Ale ja wiem swoje. Ty jesteś silniejsza niż wszyscy razem wzięci.

Zaczęłam płakać. Po raz pierwszy ktoś zobaczył we mnie człowieka, nie ciężar.

Minęły miesiące. Pewnego ranka obudziłam się z dziwnym uczuciem mdłości. Zignorowałam to — przecież byłam „stearpa”. Ale mdłości wracały, a brzuch powoli rósł.

Staszek zawiózł mnie do lekarza do miasta. Lekarka spojrzała na mnie zdziwiona:

— Pani jest w ciąży! Gratuluję!

Świat zawirował mi przed oczami. Przez lata żyłam w kłamstwie — ktoś kiedyś źle odczytał wyniki badań albo rodzice chcieli się mnie pozbyć pod pretekstem bezpłodności?

Wróciłam do wioski z głową podniesioną wysoko. Ludzie patrzyli na mnie inaczej — już nie byłam stearpą, byłam cudownym przypadkiem, „tą od cudu”.

Matka przyszła któregoś dnia pod naszą chatę:

— Marysiu… może byś wróciła? Potrzebujemy cię…

Spojrzałam jej prosto w oczy:

— Teraz już wiem, ile jestem warta.

Urodziłam zdrową córkę — Zosię. Staszek został dla niej najlepszym dziadkiem pod słońcem.

Czasem patrzę na nią i myślę: ile dzieci jeszcze dziś jest sprzedawanych jak ciężar? Ile dziewczyn żyje w kłamstwie tylko dlatego, że ktoś uznał je za niewystarczające?

Czy naprawdę musimy być najpierw złamani, żeby odkryć swoją wartość?