Sukienka w maki i łzy pod światłami: Moja noc, której nie zapomnę
„Zosia, co ty masz na sobie?! Przecież to nie karnawał!” – usłyszałam za plecami, zanim jeszcze zdążyłam dobrze wejść do sali gimnastycznej, gdzie odbywała się nasza studniówka. Głos należał do pani Wandy, naszej wychowawczyni, która zawsze miała coś do powiedzenia na temat mojego wyglądu. Zatrzymałam się w pół kroku, czując jak serce wali mi w piersi. Sukienka w czerwone maki, którą z dumą założyłam – pamiątka po babci, uszyta jeszcze w latach 70. – nagle wydała mi się zbyt jaskrawa, zbyt odważna, zbyt… inna.
Wszyscy patrzyli. Nawet Bartek, chłopak, który od miesięcy podobał mi się najbardziej, odwrócił wzrok. „Zosia, przecież były wytyczne – granat, czerń, ewentualnie butelkowa zieleń! A ty… Ty zawsze musisz się wyróżniać?” – dodała pani Wanda, ściskając mnie za ramię i prowadząc na bok. „Nie możesz tu zostać w tym stroju. Zadzwoń do rodziców.”
Stałam jak sparaliżowana. Przez chwilę miałam ochotę krzyczeć, ale głos ugrzązł mi w gardle. Wyszłam na korytarz i usiadłam na zimnych schodach. Łzy same płynęły mi po policzkach. Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Oliwii – mojej najlepszej przyjaciółki.
– Zosia? Co się stało?
– Wyrzucili mnie… przez sukienkę… – szlochałam.
– Żartujesz?! Zaraz tam będę!
Czekałam na nią, próbując zebrać myśli. Przed oczami miałam mamę, która przez dwa tygodnie przerabiała tę sukienkę po babci, żeby była idealna na ten wieczór. Tata śmiał się, że wyglądam jak „prawdziwa dama z dawnych lat”. W domu nie przelewało się – tata stracił pracę w fabryce mebli w Radomiu, mama dorabiała sprzątaniem u sąsiadów. Nowa sukienka była poza naszym zasięgiem, ale ta – ta była wyjątkowa.
Oliwia przyjechała po mnie swoim starym rowerem. „Chodź do mnie! Zrobimy własną studniówkę!” – powiedziała z uśmiechem. W jej pokoju tańczyłyśmy do świtu przy starych hitach Lady Pank i Bajmu. Ale w środku czułam pustkę i żal.
Następnego dnia mama wróciła ze szkoły roztrzęsiona. „Powiedzieli, że złamałaś regulamin. Ale ja wiem swoje! Byłaś najpiękniejsza!”
Tata milczał przez cały obiad. Dopiero wieczorem usiadł obok mnie i powiedział: „Nie pozwól im siebie złamać. To oni mają problem, nie ty.”
Plotki rozeszły się po całym miasteczku. Jedni mówili, że chciałam zwrócić na siebie uwagę, inni mnie bronili. Na Facebooku pojawiły się zdjęcia ze studniówki – wszyscy jednakowi, a mnie nigdzie.
Kilka dni później zadzwoniła do mnie kuzynka Magda z Warszawy.
– Zosia! Słyszałam o twojej sukience! Przyjedź do mnie na bal maturalny! Chcę, żebyś była moją osobą towarzyszącą! Załóż tę sukienkę!
Mama uśmiechnęła się przez łzy: „Jedź i pokaż im wszystkim, jaka jesteś wyjątkowa.”
W Warszawie wszystko było inne. Magda przedstawiła mnie swoim znajomym – nikt nie komentował mojego stroju z przekąsem. Wręcz przeciwnie: „Ale masz piękną sukienkę! Skąd ją masz?” – pytali.
Tamtej nocy tańczyłam do rana. Po raz pierwszy od dawna czułam się wolna i akceptowana. Magda szepnęła mi do ucha: „Widzisz? To nie ty jesteś problemem.”
Po powrocie do domu plotki ucichły. W szkole niektórzy nadal szeptali za moimi plecami, ale już mnie to nie ruszało. Zgłosiłam się na wymianę uczniowską do Krakowa i dostałam miejsce.
W dniu wyjazdu mama wręczyła mi pudełko z sukienką.
– Zabierz ją ze sobą – powiedziała cicho. – Ona jest symbolem tego, kim jesteś: odważna i prawdziwa.
Patrząc przez okno pociągu do Krakowa, myślałam: Dlaczego tak trudno nam zaakceptować inność? Ile jeszcze osób musi poczuć się gorszymi przez cudze zasady? Czy naprawdę musimy być tacy sami?
A wy? Czy kiedykolwiek baliście się być sobą tylko dlatego, że baliście się opinii innych?