Kiedy kuzynka wprowadziła się do mojego życia, wszystko się zmieniło
– Znowu kupiłaś te tanie płatki? – głos Marty rozbrzmiał w kuchni, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi za sobą. – Nie mogłabyś raz w życiu pomyśleć o czymś lepszym?
Zacisnęłam dłonie na torbie z zakupami. W środku miałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy: chleb z przeceny, mleko z promocji, kilka jabłek i te nieszczęsne płatki. Przez chwilę chciałam odpowiedzieć ostrzej, ale połknęłam słowa. Przecież to ja zaproponowałam Marcie, żeby się do mnie wprowadziła. Sama chciałam podzielić się kosztami wynajmu i mieć kogoś bliskiego w tym wielkim, zimnym mieście.
– Marta, nie stać mnie na lepsze – powiedziałam cicho, rozpakowując zakupy. – Wiesz przecież, że muszę liczyć każdy grosz.
– Ale ja nie zamierzam jeść byle czego – burknęła, rzucając mi spojrzenie pełne pretensji. – Może powinnaś znaleźć lepszą pracę? Albo poprosić ciocię Krysię o pomoc?
Zabolało. Pracowałam jako kasjerka w Biedronce od dwóch lat, odkąd skończyłam liceum i nie dostałam się na wymarzone studia. Mama zawsze powtarzała, że jestem uparta jak osioł i wszystko chcę robić sama. Może miała rację. Ale nie chciałam być ciężarem dla nikogo, nawet dla własnej matki.
Marta była inna. Zawsze miała wszystko podane na tacy. Jej rodzice prowadzili dobrze prosperującą firmę budowlaną w Poznaniu, a ona sama studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Do mnie przyjechała „na chwilę”, bo pokłóciła się z matką o nowego chłopaka. Miałyśmy mieszkać razem przez kilka miesięcy, do czasu aż „wszystko się ułoży”.
– Słuchaj, może byśmy dziś zamówiły sushi? – zaproponowała Marta, przeglądając telefon. – Ja stawiam.
– Nie, dzięki – odpowiedziałam szybko. – Mam już obiad.
Nie chciałam jej pieniędzy. Nie chciałam być jej projektem charytatywnym.
Wieczorem siedziałam na łóżku w swoim pokoju i patrzyłam na rachunki rozłożone na kołdrze. Czynsz, prąd, gaz, internet… Wszystko rosło z miesiąca na miesiąc. Marta wpłacała swoją część regularnie, ale reszta spadała na mnie. To ja robiłam zakupy, sprzątałam, gotowałam i prałam. Ona wychodziła rano na uczelnię i wracała późno wieczorem, często z nowymi znajomymi.
Pewnego dnia wróciłam do mieszkania wcześniej niż zwykle. W przedpokoju stały trzy pary butów – żadna nie należała do mnie. Z kuchni dobiegały śmiechy i zapach pizzy.
– O, cześć! – Marta pomachała mi z kanapy. Obok niej siedziała jakaś dziewczyna o fioletowych włosach i chłopak w bluzie z logo Politechniki Warszawskiej. – Poznaj Olę i Michała! Wpadają do nas na noc.
– Na noc? – powtórzyłam zaskoczona.
– No tak! Mieliśmy imprezę u znajomych i nie chcieli wracać do akademika. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
Przeszkadzało mi wszystko: bałagan w salonie, obcy ludzie śpiący na mojej kanapie, hałas do późna w nocy. Ale nie powiedziałam nic. Zamiast tego zamknęłam się w swoim pokoju i płakałam w poduszkę.
Z czasem takich sytuacji było coraz więcej. Marta traktowała mieszkanie jak hotel. Przynosiła nowych ludzi, urządzała głośne wieczory filmowe i zostawiała po sobie sterty brudnych naczyń. Kiedy próbowałam z nią rozmawiać, przewracała oczami.
– Przesadzasz – mówiła. – Trochę luzu by ci się przydało.
Czułam się coraz bardziej obca we własnym domu. Przestałam zapraszać znajomych, bo wstydziłam się bałaganu i atmosfery napięcia. Nawet mama zauważyła zmianę w moim głosie podczas rozmów telefonicznych.
– Dziecko, co się dzieje? – pytała zatroskana. – Jesteś taka przygaszona.
– Nic takiego, mamo – kłamałam. – Po prostu dużo pracy.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu po wyjątkowo ciężkim dniu. Szefowa zrugała mnie za pomyłkę przy kasie, a klientka wyzwała od „nieudaczników”. Marzyłam tylko o gorącym prysznicu i chwili ciszy.
W łazience znalazłam puste opakowania po kosmetykach i mokre ręczniki rzucone na podłogę. W kuchni śmierdziało przypalonym jedzeniem. Na stole leżały rachunki za prąd – dwa razy wyższe niż zwykle.
– Marta! – krzyknęłam przez drzwi jej pokoju.
– Co? – odpowiedziała z irytacją.
– Musimy porozmawiać.
Wyszła do mnie w piżamie, z telefonem przy uchu.
– O co chodzi?
– O rachunki! O bałagan! O to, że czuję się tu jak intruz!
Spojrzała na mnie jak na wariatkę.
– Przesadzasz! To tylko mieszkanie! Poza tym płacę swoją część!
– Ale ja nie daję już rady! – głos mi się załamał. – Nie mogę tak żyć!
Marta wzruszyła ramionami i wróciła do swojego pokoju. Zostałam sama w kuchni, trzęsąc się ze złości i bezsilności.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie ciocia Krysia.
– Słyszałam od Marty, że masz jakieś pretensje…
Zacisnęłam powieki ze złości.
– Ciociu, ja po prostu…
– Wiesz dobrze, że Marta jest w trudnej sytuacji! Powinnaś być dla niej wsparciem!
Nie wytrzymałam.
– A kto będzie wsparciem dla mnie?
Rozłączyłam się i pierwszy raz od dawna poczułam ulgę.
Wieczorem napisałam Marcie krótką wiadomość: „Musisz znaleźć inne miejsce do mieszkania. Potrzebuję spokoju”.
Nie odpisała przez dwa dni. Potem przyszła do domu z walizką i nawet nie spojrzała mi w oczy.
Przez kilka tygodni czułam pustkę i żal. Zastanawiałam się, czy nie przesadziłam. Może powinnam była być bardziej wyrozumiała? Może to ja jestem problemem?
Ale potem zaczęłam oddychać pełną piersią. Znowu mogłam spokojnie czytać książki wieczorami i gotować to, na co miałam ochotę. Zaczęłam odkładać drobne oszczędności na wymarzoną sukienkę z lumpeksu.
Czasem myślę o Marcie i zastanawiam się, czy kiedyś jeszcze będziemy rodziną tak blisko jak kiedyś. Czy można odbudować relację po tylu niedopowiedzeniach i żalach? Czy warto było postawić siebie na pierwszym miejscu?
A wy? Czy mieliście kiedyś podobną sytuację? Czy rodzina zawsze powinna być najważniejsza… nawet kosztem własnego szczęścia?