Noc prawdy: Jak blizny zmieniły moje życie, a miłość nauczyła mnie wolności
– Nie patrz tak na mnie, mamo. Proszę cię… – mój głos drżał, a w gardle czułam znajomy ucisk. Stałam w kuchni, oparta o blat, z rękami schowanymi w rękawach swetra. Mama, jak zwykle, nie spuszczała ze mnie wzroku.
– Martwię się o ciebie, Aniu. Nie możesz całe życie się ukrywać – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Minęły już trzy lata od tego… od tamtego wieczoru.
Od tamtego wieczoru. Tak zawsze mówiła. Nigdy nie używała słowa „wypadek”, jakby to mogło coś zmienić. Jakby unikanie słów mogło wymazać blizny na mojej twarzy i szyi.
Pamiętam tamtą noc jak przez mgłę. Gaz, którego nie poczułam. Iskra z zapalniczki. Huk. Ból tak ostry, że aż nierealny. Potem szpital, przerażone spojrzenia lekarzy i pielęgniarek, a w końcu lustro – i ja, której nie poznawałam.
Od tamtej pory nie było już randek, spotkań z przyjaciółmi, spontanicznych wyjść do kina. Były za to długie rękawy, apaszki nawet latem i spojrzenia ludzi na ulicy – pełne litości albo ciekawości. Najgorsze były te pełne litości.
Ojciec przestał ze mną rozmawiać o czymkolwiek poza pogodą i rachunkami. Brat, Michał, wyjechał do Warszawy na studia i dzwonił coraz rzadziej. Mama próbowała być silna za nas wszystkich, ale widziałam jej łzy wieczorami, kiedy myślała, że śpię.
Pracowałam w bibliotece miejskiej w Radomiu. Tam czułam się bezpiecznie – między regałami, wśród ciszy i zapachu papieru. Ludzie przychodzili po książki, nie po to, żeby patrzeć na mnie. Ale nawet tam czasem słyszałam szepty: „To ta dziewczyna po pożarze…”
Pewnego dnia do biblioteki przyszedł nowy czytelnik. Wysoki mężczyzna z białą laską i ciemnymi okularami. Uśmiechnął się do mnie szeroko.
– Dzień dobry. Czy mogłaby mi pani pomóc znaleźć coś o muzyce klasycznej? – zapytał ciepłym głosem.
Zaskoczyło mnie to. Większość ludzi unikała kontaktu wzrokowego ze mną albo patrzyła zbyt długo. On patrzył… gdzieś obok. Ale z takim spokojem i pewnością siebie, że poczułam się dziwnie swobodnie.
– Oczywiście – odpowiedziałam i poprowadziłam go między regały.
Tak poznałam Piotra. Był nauczycielem muzyki w szkole dla niewidomych dzieci pod Radomiem. Rozmawialiśmy długo o Chopinie i Szymanowskim, o tym jak dźwięki mogą malować obrazy w głowie człowieka.
Zaczął przychodzić coraz częściej. Czasem tylko po to, żeby porozmawiać. Czasem przynosił mi kawę z pobliskiej kawiarni i opowiadał o swoich uczniach.
– Wiesz, Aniu – powiedział kiedyś – ludzie myślą, że jak ktoś nie widzi, to jest nieszczęśliwy. Ale ja widzę więcej niż większość ludzi z oczami szeroko otwartymi.
Zaczęliśmy spotykać się poza biblioteką. Najpierw na spacerach po parku Kościuszki, potem w jego mieszkaniu pachnącym kawą i nutami. Piotr grał dla mnie na gitarze klasycznej – zamykałam oczy i pozwalałam muzyce płynąć przez moje ciało jak ciepły strumień.
Mama była sceptyczna.
– On cię nie widzi, Aniu… Może dlatego cię lubi? – rzuciła pewnego wieczoru przy kolacji.
– Mamo! – krzyknęłam z rozpaczą. – On widzi mnie lepiej niż ktokolwiek inny!
Ojciec tylko chrząknął i wyszedł z kuchni.
Piotr nigdy nie pytał o moje blizny. Dotykał moich dłoni z delikatnością, jakby czytał z nich nuty mojego życia.
Po roku znajomości poprosił mnie o rękę.
– Aniu… Chciałbym być twoimi oczami tam, gdzie boisz się patrzeć sama – powiedział cicho, trzymając moją dłoń mocno w swoich dłoniach.
Zgodziłam się bez wahania.
Wieść o naszych zaręczynach rozeszła się po rodzinie i sąsiadach szybciej niż plotki o nowym proboszczu.
– Ona go wykorzystuje! – szeptała sąsiadka spod trójki do mojej mamy na klatce schodowej.
– On jej nie widzi… Gdyby widział…
Przez chwilę zwątpiłam w siebie. Czy naprawdę zasługuję na szczęście? Czy Piotr kocha mnie tylko dlatego, że nie widzi mojej twarzy?
Ślub był skromny – tylko najbliżsi i kilku przyjaciół Piotra ze szkoły muzycznej. Miałam suknię z wysokim kołnierzem i długimi rękawami. Po raz pierwszy od lat nie czułam potrzeby ukrywania się – bo wiedziałam, że dla niego jestem piękna taka, jaka jestem.
Noc po ślubie spędziliśmy w naszym małym mieszkaniu na osiedlu Gołębiów II. Piotr grał dla mnie cicho na gitarze. Potem podszedł do mnie i delikatnie dotknął mojej twarzy opuszkami palców.
– Jesteś piękna – wyszeptał.
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Piotrze… Ty przecież…
– Wiem, co chcesz powiedzieć – przerwał mi łagodnie. – Ale muszę ci coś wyznać.
Zamarłam.
– Trzy miesiące temu przeszedłem operację oczu w Warszawie. Teraz widzę kontury i światło… Czasem nawet kolory. Nie mówiłem ci wcześniej… Chciałem najpierw poznać twoje serce.
Serce waliło mi jak oszalałe.
– Dlaczego nic nie powiedziałeś?
– Bałem się… Bałem się, że jeśli powiem ci prawdę za wcześnie, pomyślisz, że kocham cię tylko dlatego, że nie widzę twoich blizn. Chciałem być pewien swoich uczuć…
Poczułam mieszankę ulgi i gniewu.
– A więc widziałeś mnie? Moje blizny?
Piotr ujął moją twarz w dłonie.
– Tak. I płakałem wtedy… Bo zobaczyłem nie tylko ból, ale też siłę i piękno. Twoje blizny są częścią ciebie – tak samo jak twoja dobroć i odwaga.
Przez chwilę milczeliśmy oboje. Potem przytuliłam się do niego mocno i po raz pierwszy od lat poczułam się naprawdę kochana.
Następnego ranka obudziłam się przy dźwiękach gitary klasycznej i zapachu kawy. Piotr siedział przy oknie i grał swoją ulubioną melodię Chopina.
– Piotrze… Czy to naprawdę była pierwsza chwila, kiedy zobaczyłeś moją twarz?
Zamilkł na moment i odłożył gitarę.
– Nie… Pierwszy raz zobaczyłem cię dwa miesiące temu w ogrodzie przy bibliotece. Siedziałaś na ławce z książką i szalikiem na głowie… Było popołudnie pełne słońca. Przechodziłem tamtędy po rehabilitacji wzroku i zobaczyłem kobietę uśmiechającą się do dziecka…
Zrozumiałem wtedy jedno: twoje blizny są jak mapa twojego życia – każda linia to dowód odwagi i walki o siebie.
Tego samego dnia poszliśmy razem do tego ogrodu. Po raz pierwszy zdjęłam szalik publicznie. Ludzie patrzyli – jedni z ciekawością, inni z litością… Ale ja poczułam wolność tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie od szczęścia.
Tydzień później uczniowie Piotra przygotowali dla nas album ślubny pełen zdjęć – śmiechu, muzyki i światła. Na jednym z nich stoję przy oknie z zamkniętymi oczami; światło pada na moją twarz tak łagodnie, że wyglądam spokojnie i pięknie jak nigdy wcześniej.
Piotr ujął moją dłoń:
– To jest kobieta mojego życia.
Patrząc na to zdjęcie pomyślałam: czy naprawdę przez tyle lat pozwalałam innym decydować o tym, czy zasługuję na miłość?
Dziś idę przez życie pewnym krokiem – nie chowam już blizn ani przed sobą, ani przed światem.
Bo może prawdziwe piękno to właśnie odwaga bycia sobą?
Czy wy też kiedyś baliście się pokazać światu swoje prawdziwe oblicze?