Zamknięte drzwi: Opowieść o matczynej miłości, granicach i stracie
— Michał, proszę cię, otwórz te drzwi! — mój głos drżał, a w rękach ściskałam słoik z gorącym rosołem. Stałam na klatce schodowej, czując jak łzy napływają mi do oczu. Widziałam przez szybkę w drzwiach jego sylwetkę, jakby się wahał. Obok niego stała ona — Marta, jego żona. Jej wzrok był zimny jak lód.
— Mamo, mówiłem ci, żebyś najpierw zadzwoniła — odezwał się Michał cicho, niemal szeptem. — Teraz nie możemy cię wpuścić.
— Ale ja tylko chciałam przynieść wam rosół… — zaczęłam tłumaczyć, czując jak serce mi pęka. — Wiem, że Marta jest przeziębiona, a ty masz tyle pracy…
— Dziękujemy, ale naprawdę nie trzeba było — przerwała mi Marta. — Jesteśmy dorośli, damy sobie radę.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Stałam tam jeszcze chwilę, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Słoik z rosołem parzył mnie w dłonie. Przez chwilę miałam ochotę rzucić nim o podłogę, ale zamiast tego powoli zeszłam po schodach.
Całą drogę do domu płakałam. Ludzie na ulicy patrzyli na mnie z ciekawością lub współczuciem, ale ja ich nie widziałam. W głowie miałam tylko jedno pytanie: jak do tego doszło? Przecież Michał był moim oczkiem w głowie. Wychowywałam go sama po śmierci męża. Byliśmy tylko we dwoje przez tyle lat. Wszystko robiłam dla niego — pracowałam na dwa etaty, żeby niczego mu nie brakowało. Każdą wolną chwilę spędzałam z nim: na placu zabaw, przy odrabianiu lekcji, na wspólnych wycieczkach rowerowych.
Kiedy poznał Martę, byłam szczęśliwa. Widziałam, jak bardzo jest zakochany. Przyjęłam ją do rodziny z otwartymi ramionami. Starałam się być najlepszą teściową na świecie: zapraszałam ich na obiady, pomagałam przy przeprowadzce do nowego mieszkania, pożyczałam pieniądze na remont. Ale z czasem zaczęłam czuć, że coś się zmienia. Michał coraz rzadziej dzwonił. Na moje propozycje spotkań odpowiadał wymijająco: „Mamo, mamy dużo pracy”, „Mamo, jesteśmy zmęczeni”, „Mamo, może innym razem”.
Z Martą nigdy nie rozmawiałyśmy szczerze. Była uprzejma, ale chłodna. Zawsze miała coś do załatwienia albo gdzieś się spieszyła. Zaczęłam mieć wrażenie, że przeszkadzam im w życiu. Ale przecież jestem jego matką! Czy to źle, że chcę wiedzieć, co u niego słychać? Że chcę pomóc?
Ostatnio Michał zachorował. Zadzwonił do mnie z gorączką i poprosił o przepis na rosół. Od razu zaproponowałam, że mu go ugotuję i przyniosę. „Nie trzeba, mamo”, powiedział wtedy cicho. Ale ja i tak ugotowałam rosół — tak jak robiłam to zawsze, kiedy był mały i chory.
Dziś rano spakowałam słoik do torby i pojechałam do nich tramwajem przez pół miasta. Całą drogę wyobrażałam sobie ich radość: Michał uśmiechnięty przy stole, Marta wdzięczna za pomoc… A tymczasem spotkało mnie coś zupełnie innego.
W domu usiadłam przy stole i patrzyłam na słoik z rosołem. Nie miałam siły go nawet schować do lodówki. Przez głowę przelatywały mi wspomnienia: Michał jako mały chłopiec z rozbitym kolanem; Michał pierwszy raz idący do szkoły; Michał płaczący po śmierci ojca… Czy naprawdę zrobiłam coś złego? Czy byłam zbyt nachalna? Czy powinnam była pozwolić mu dorosnąć szybciej?
Wieczorem zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Zofia.
— Lilka, co się stało? Wyglądasz dziś na bardzo przygnębioną.
Opowiedziałam jej wszystko przez łzy.
— Wiesz co? — powiedziała po chwili ciszy. — Może czasem trzeba odpuścić. Pozwolić dzieciom żyć po swojemu. Nawet jeśli to boli.
Nie spałam tej nocy prawie wcale. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, jak bardzo kocham mojego syna i jak bardzo boję się go stracić. Czy naprawdę jestem dla niego ciężarem? Czy Marta ma rację?
Następnego dnia postanowiłam napisać do Michała wiadomość:
„Synku, przepraszam, jeśli przekroczyłam granicę. Chciałam tylko pomóc. Kocham cię i zawsze będę przy tobie — nawet jeśli teraz potrzebujesz ode mnie trochę przestrzeni.”
Nie odpisał od razu. Dopiero wieczorem dostałam krótką odpowiedź:
„Mamo, dziękuję za wszystko. Musimy nauczyć się żyć trochę inaczej. Daj nam czas.”
Czy to znaczy, że już nigdy nie będziemy blisko? Czy matka powinna umieć odejść na drugi plan? Całe życie byłam dla niego wszystkim — a teraz muszę nauczyć się być tylko tłem.
Czasem myślę: czy naprawdę można kochać za bardzo? Czy miłość matki może być ciężarem dla dziecka? Może powinnam była wcześniej nauczyć się odpuszczać… Ale jak pogodzić się z tym, że twoje dziecko już cię nie potrzebuje?
Może ktoś z was zna odpowiedź na to pytanie?