Trzykrotnie matką w jednym roku: Moja walka, moja siła, moje dzieci

– Znowu jesteś w ciąży? – głos mojej mamy odbił się echem po kuchni, a szklanka z herbatą zadrżała w mojej dłoni. Stałam przy oknie, patrząc na szare, listopadowe niebo nad blokowiskiem na warszawskim Bródnie. W brzuchu czułam znajome już kopnięcia, a na rękach trzymałam półroczną Hanię. W pokoju obok spał jej starszy brat, Szymek, który miał zaledwie dziesięć miesięcy.

– Mamo, to się stało… – zaczęłam cicho, ale ona już nie słuchała. Wybiegła z kuchni, trzaskając drzwiami. Zostałam sama z dziećmi i własnym lękiem. Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam, jak bardzo jestem sama.

Mam na imię Marta. Mam dwadzieścia siedem lat i w ciągu jednego roku zostałam matką trójki dzieci. Nie są trojaczkami – to nie jest historia z kolorowych magazynów o cudach natury. To historia o błędach, samotności i sile, która rodzi się wtedy, gdy nie masz już wyjścia.

Kiedy urodził się Szymek, byłam szczęśliwa. Mój partner, Tomek, był przy mnie. Pracował jako kierowca autobusu miejskiego, ja dorabiałam w sklepie spożywczym na kasie. Nie było łatwo, ale byliśmy razem. Szymek był naszym światem. Ale już dwa miesiące po porodzie poczułam się dziwnie – zmęczona, rozdrażniona, mdłości wróciły. Test ciążowy potwierdził moje obawy.

– Marta, przecież my ledwo dajemy radę z jednym! – Tomek krzyczał wtedy tak głośno, że sąsiadka z dołu przyszła zapytać, czy wszystko w porządku. – Jak ty to sobie wyobrażasz? Ja nie dam rady!

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sama nie wiedziałam, jak to będzie. Ale Hania przyszła na świat zdrowa i piękna. Tomek coraz częściej znikał z domu pod pretekstem nadgodzin. Ja siedziałam z dwójką maluchów w kawalerce i płakałam nocami w poduszkę.

Kiedy Hania miała trzy miesiące, Tomek przestał wracać na noc. Pewnego dnia znalazłam na stole kartkę: „Nie potrafię tak żyć. Przepraszam.” Zostałam sama z dwójką dzieci i rosnącym brzuchem – bo wtedy już wiedziałam, że jestem w ciąży po raz trzeci.

Nie miałam siły nikomu o tym powiedzieć. Mama była wściekła – „Co ludzie powiedzą?” – powtarzała jak mantrę. Ojciec milczał, patrzył na mnie z rozczarowaniem. Brat przestał się odzywać. Sąsiedzi szeptali za moimi plecami.

Każdy dzień był walką o przetrwanie. Budziłam się o piątej rano, żeby nakarmić dzieci i przygotować im mleko na cały dzień. Potem biegłam do sklepu po pieluchy i kaszki, licząc każdy grosz z zasiłku i alimentów (których Tomek i tak nie płacił). Wieczorami siadałam na podłodze między łóżeczkami i modliłam się o cud.

Najgorsze były noce. Szymek płakał przez sen, Hania budziła się co dwie godziny na karmienie. Brzuch bolał mnie coraz bardziej – stres i zmęczenie robiły swoje. Czasem miałam ochotę wyjść i nigdy nie wrócić.

Pamiętam jeden szczególny wieczór. Siedziałam na podłodze w łazience, płakałam cicho, żeby dzieci nie słyszały. Nagle usłyszałam cichy głosik:

– Mama? – Szymek stał w drzwiach w piżamce z Kubusiem Puchatkiem.

– Tak, kochanie?

– Nie płacz… ja tu jestem.

Wtedy zrozumiałam, że nie mogę się poddać. Dla nich muszę być silna.

Poród trzeciego dziecka był najtrudniejszy. Mała Zosia przyszła na świat w grudniu – śnieg padał za oknem szpitala, a ja czułam się jakby świat się zatrzymał. Nikt nie przyszedł mnie odwiedzić. Położna spojrzała na mnie ze współczuciem:

– Trzecie dziecko w rok? Pani jest bardzo dzielna.

Nie czułam się dzielna. Czułam się przegrana.

Po powrocie do domu zaczęły się prawdziwe schody. Trójka dzieci poniżej dwóch lat to nieustanny chaos: pieluchy, płacz, karmienie, choroby, brak snu. Mama czasem wpadała pomóc, ale głównie po to, żeby narzekać:

– Gdybyś była rozsądniejsza… Gdybyś poszła na studia…

Nie miałam już siły tłumaczyć ani przepraszać.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka ze szkoły:

– Marta, widziałam cię ostatnio z dziećmi… Jak ty sobie radzisz?

Zawahałam się przez chwilę:

– Nie radzę sobie. Ale muszę.

Zaczęłyśmy rozmawiać częściej. Dzięki niej znalazłam grupę wsparcia dla samotnych matek na Facebooku. Tam po raz pierwszy poczułam się wysłuchana i zrozumiana.

Z czasem nauczyłam się prosić o pomoc – od sąsiadki po opiekę społeczną. Zaczęłam dorabiać szyciem ubranek dla dzieci znajomych z osiedla. Każda złotówka była na wagę złota.

Najtrudniejsze były spojrzenia ludzi na ulicy: „Patrzcie, ta to sobie narobiła!” albo „Gdzie ona ma rozum?” Czasem ktoś rzucił dobre słowo – starsza pani w sklepie pogłaskała Hanię po głowie:

– Dzieci to błogosławieństwo…

Ale najczęściej czułam się niewidzialna albo oceniana.

Dziś minął rok od narodzin Zosi. Siedzę przy kuchennym stole, patrzę na moje dzieci bawiące się klockami na dywanie i myślę o tym wszystkim, co przeszłyśmy razem.

Czy żałuję? Czasem tak – żałuję samotności i braku wsparcia od najbliższych. Ale nigdy nie żałowałam żadnego z moich dzieci.

Często pytam siebie: czy społeczeństwo kiedykolwiek nauczy się patrzeć sercem zamiast oceniać? Czy kobieta taka jak ja ma prawo do szczęścia?

A Wy? Co byście zrobili na moim miejscu?