„Nigdy nie wpuszczaj przyjaciółki samej do domu” – Historia zaufania, które wszystko zmieniło
– Mamo, przecież to tylko Anka! – krzyknęłam przez zamknięte drzwi, czując jak serce wali mi w piersi. Stałam w przedpokoju, ściskając klamkę, a za mną rozlegał się cichy płacz mojej córki. Mama patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem, które zawsze oznaczało jedno: „Ostrzegałam cię”.
Od dziecka powtarzała mi: „Nigdy nie wpuszczaj przyjaciółki samej do domu. Nigdy.” Wydawało mi się to śmieszne, przesadne, jak większość jej rad. Przecież żyjemy w XXI wieku, w Warszawie, nie w jakiejś zapomnianej przez Boga wsi. Ale teraz, stojąc naprzeciwko Anki – mojej najlepszej przyjaciółki od liceum – czułam, że coś jest nie tak.
Zaczęło się niewinnie. Po narodzinach Zosi czułam się coraz bardziej samotna. Mąż, Tomek, pracował do późna, a ja całe dnie spędzałam w czterech ścianach. Anka była moim ratunkiem – przychodziła z ciastem, pomagała przy dziecku, rozśmieszała mnie, kiedy miałam ochotę płakać. Była jak siostra, której nigdy nie miałam.
Pewnego dnia zadzwoniła do drzwi wcześniej niż zwykle. – Wpuścisz mnie? Muszę pogadać – powiedziała przez domofon. Byłam w łazience, Zosia spała. Otworzyłam jej drzwi zdalnie i wróciłam do swoich spraw. Kiedy wyszłam z łazienki, Anka już siedziała w salonie i przeglądała moje zdjęcia na komodzie.
– Ale masz tu porządek – rzuciła z uśmiechem. – Tomek ci pomaga?
– Raczej nie – odpowiedziałam półżartem. – On tylko robi bałagan.
Anka spojrzała na mnie dziwnie. – Wiesz… czasem mam wrażenie, że nie doceniasz tego, co masz.
Zignorowałam to. Przecież znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny.
Z czasem zaczęła przychodzić coraz częściej. Zdarzało się, że zostawała na noc, kiedy Tomek był na delegacji. Pomagała mi przy Zosi, gotowała obiady, nawet odbierała paczki od kuriera. Byłam jej wdzięczna – do czasu.
Pewnego wieczoru wróciłam wcześniej z zakupów. W przedpokoju stały dwa kubki po kawie i talerz z resztkami ciasta. Zosia spała w swoim pokoju. Z salonu dobiegały śmiechy – Anka i Tomek oglądali razem film.
– O! Już jesteś? – Tomek podskoczył nerwowo.
– Tak… – odpowiedziałam cicho.
Anka spojrzała na mnie z uśmiechem. – Zrobiliśmy sobie mały maraton komedii. Chcesz dołączyć?
Coś we mnie pękło. Przez kolejne dni zaczęłam zauważać drobiazgi: Anka zostawiała u nas kosmetyki, Tomek coraz częściej pisał do niej na Messengerze. Kiedy pytałam go o to, mówił: „Przesadzasz”.
Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Wstałam po wodę i usłyszałam ciche szepty z kuchni. Przystanęłam za drzwiami.
– Ona nic nie wie – szeptał Tomek.
– I lepiej niech tak zostanie – odpowiedziała Anka.
Zamarłam. Poczułam się jak dziecko, które właśnie odkryło potwora pod łóżkiem.
Następnego dnia zadzwoniłam do mamy.
– Mamo… miałaś rację – wyszeptałam przez łzy.
– Córciu… czasem nasze lęki mają swoje powody – odpowiedziała cicho.
Nie spałam całą noc. Rano poprosiłam Tomka o rozmowę.
– Co się dzieje między tobą a Anką? – zapytałam prosto z mostu.
Zbladł. Przez chwilę milczał, potem spuścił głowę.
– To nic poważnego… Po prostu… Byłem samotny… Ty ciągle byłaś zmęczona…
Poczułam, jak świat wali mi się na głowę.
Anka próbowała się tłumaczyć: – To był błąd! Nie chciałam cię zranić!
Ale już było za późno. Zaufanie pękło jak cienkie szkło.
Wyprowadziłam się z Zosią do mamy. Przez wiele tygodni nie mogłam patrzeć ani na Tomka, ani na Ankę. Mama tuliła mnie do snu jak wtedy, gdy miałam pięć lat i bałam się burzy.
Dziś minął rok od tamtych wydarzeń. Mieszkam sama z córką w małym mieszkaniu na Ochocie. Czasem widuję Tomka na placu zabaw – rozmawiamy o Zosi, ale już nigdy nie będzie tak samo. Anka próbowała się kontaktować, pisała długie maile pełne przeprosin i tłumaczeń. Nie odpisałam na żaden.
Często wracam myślami do tamtego ostrzeżenia mamy: „Nigdy nie wpuszczaj przyjaciółki samej do domu”. Czy to naprawdę przesąd? A może nasze matki wiedzą więcej niż nam się wydaje?
Czy można jeszcze komuś zaufać po czymś takim? A może każda bliskość niesie ze sobą ryzyko zdrady?