„Czy można zobaczyć świat bez oczu? Historia Lucyny, bliźniaków i przebaczenia w polskiej rodzinie”
– Nie chcę kolejnej opiekunki! – głos Maćka odbił się echem od marmurowych ścian. Stałam w progu salonu, ściskając pasek starej torby. – Ja też nie! – wtórował mu Bartek, jego brat bliźniak. Ich ojciec, pan Wysocki, spojrzał na mnie z chłodnym dystansem. – Pani Lucyno, nie oczekuję cudów. Chłopcy potrzebują dyscypliny, nie zabaw. Jeśli zamierza pani ich rozpieszczać, drzwi są tam – wskazał ręką.
Wiedziałam, że nie mogę się wycofać. – Nie zamierzam nikogo rozpieszczać. Ale wierzę, że można widzieć świat na wiele sposobów – odpowiedziałam cicho, patrząc mu prosto w oczy. Przez chwilę w salonie zapanowała cisza tak gęsta, że słyszałam bicie własnego serca.
To był dom jak z katalogu: podłogi z białego marmuru, kryształowe żyrandole, obrazy Kossaka i Malczewskiego na ścianach. Ale w tym wszystkim nie było życia. Chłopcy siedzieli na kanapie, każdy z książką do Braille’a na kolanach. Ich palce przesuwały się po wypukłych literach z mechaniczną precyzją.
– Dzień dobry, jestem Lucyna – powiedziałam miękko. Bartek uniósł głowę: – Skąd pani wie, że tu jesteśmy? – Słyszę wasze oddechy – uśmiechnęłam się. Maciek prychnął: – Wszyscy tak mówią na początku. Potem i tak uciekają.
Usiadłam naprzeciw nich i wyjęłam z torby małe pudełko. – Wiecie, co to za zapach? – otworzyłam wieczko. Chłopcy powąchali powietrze. – Cynamon – powiedział Bartek niepewnie. – A to? – wyciągnęłam woreczek z kawą. Maciek od razu się ożywił: – Kawa! – Dla większości ludzi kawa jest brązowa, a cynamon rdzawy. A dla was? Jakiego koloru jest ten zapach?
Chłopcy zamilkli, zaskoczeni pytaniem. – Cynamon jest… ciepły – powiedział Maciek po chwili. – Kawa pachnie jak poranek u babci – dodał Bartek cicho. – To znaczy, że dla was kawa jest kolorem poranka, a cynamon kolorem ciepła. Od dziś będziemy tworzyć własny słownik kolorów.
Po raz pierwszy zobaczyłam na ich twarzach cień uśmiechu.
Z czasem zaczęliśmy eksplorować dom. Każdy korytarz miał swój dźwięk: echo kroków na marmurze, skrzypienie parkietu w bibliotece, szelest zasłon w salonie. Uczyłam ich rozpoznawać przestrzeń dotykiem i słuchem. Razem odkrywaliśmy świat bez oczu.
Pan Wysocki obserwował nas z dystansu. Czułam jego wzrok na plecach za każdym razem, gdy prowadziłam chłopców przez ogród albo pozwalałam im biegać boso po trawie. Pewnego dnia wszedł do kuchni akurat wtedy, gdy uczyłam Bartka rozpoznawać przyprawy po zapachu i dotyku.
– Co tu się dzieje? – zapytał szorstko.
– Uczymy się świata wszystkimi zmysłami – odpowiedziałam spokojnie.
– To strata czasu. Oni potrzebują terapii, nie zabaw.
– Panie Wysocki, czasem zabawa jest najlepszą terapią.
Spojrzał na mnie tak, jakby chciał mnie prześwietlić wzrokiem. Odszedł bez słowa.
Wieczorami siadałam przy łóżkach chłopców i opowiadałam im bajki wymyślone na poczekaniu: o niewidomym królu, który widział świat sercem; o dziewczynce, która potrafiła rozpoznawać kolory po dźwięku deszczu; o braciach bliźniakach, którzy odnaleźli drogę do domu dzięki zapachowi pieczonego chleba.
Z czasem chłopcy zaczęli otwierać się coraz bardziej. Maciek pewnego dnia powiedział: – Pani Lucyno, czy pani też kiedyś była smutna? Zaniemówiłam na chwilę. – Tak, bardzo. Straciłam syna… Był niewidomy jak wy. Umarł przez biedę i brak pomocy. Przysięgłam sobie wtedy, że jeśli jeszcze kiedyś spotkam dziecko w ciemności, zrobię wszystko, by nie czuło się samotne.
Bartek ścisnął moją dłoń: – My już nie jesteśmy sami.
Ale dom Wysockich był pełen tajemnic i napięć. Pewnego dnia pojawiła się pani Danuta, siostra pana Wysockiego. Weszła bez pukania do kuchni i spojrzała na mnie z góry:
– Ty jesteś tą nową opiekunką? Słyszałam o tobie różne rzeczy… Skąd masz pewność, że nie robisz im krzywdy?
– Bo sama wiem, jak to jest być po drugiej stronie – odpowiedziałam spokojnie.
Danuta prychnęła: – Mój brat za bardzo ci ufa. Ludzie tacy jak ty zawsze czegoś chcą.
Nie odpowiedziałam. Wiedziałam już wtedy, że nie przekonam jej słowami.
Następnego dnia pan Wysocki poprosił mnie na rozmowę do gabinetu.
– Lucyno… Moja siostra twierdzi, że masz coś do ukrycia. Czy to prawda?
Poczułam zimny pot na karku. Wyjęłam z torby zdjęcie mojego syna i podałam mu je drżącą ręką.
– To był mój syn Daniel. Umarł przez biedę i brak wsparcia systemu. Przysięgłam sobie wtedy… że jeśli jeszcze kiedyś spotkam dziecko w ciemności…
Pan Wysocki długo patrzył na zdjęcie. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach łzy.
– Moja żona… też pomagała dzieciom takim jak twój syn – wyszeptał. – Zginęła w wypadku wracając z hospicjum.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, każde pogrążone we własnym bólu.
Od tego dnia coś się zmieniło między nami. Pan Wysocki zaczął częściej przebywać z chłopcami: czytał im książki (oni poprawiali go z Braille’a), grał z nimi w gry słowne wymyślone przeze mnie. Zaczął dostrzegać ich radość tam, gdzie wcześniej widział tylko ograniczenia.
Ale przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć. Pewnego dnia do drzwi zapukał mój brat Marek – człowiek z którym od lat nie miałam kontaktu przez jego problemy z prawem i alkoholizmem. Przyszedł pijany i zaczął krzyczeć pod domem:
– Lucyna! Wyszłaś na ludzi? Udajesz świętą? Powiedz im prawdę!
Chłopcy przestraszyli się hałasu. Pan Wysocki wybiegł na podjazd i kazał Markowi odejść pod groźbą wezwania policji.
Wieczorem usiadłam przy łóżkach Maćka i Bartka.
– Boicie się mnie teraz? – zapytałam cicho.
Bartek pokręcił głową: – Nie boimy się twojej przeszłości. Boimy się tylko tego, żebyś nie odeszła.
Maciek dodał: – Nawet jeśli kiedyś byłaś smutna albo biedna… teraz jesteś nasza.
Łzy popłynęły mi po policzkach.
Następnego dnia pan Wysocki wszedł do kuchni podczas śniadania i powiedział głośno:
– Od dziś Lucyna jest częścią naszej rodziny.
Pani Danuta próbowała protestować:
– To skandal! Co ludzie powiedzą?
Ale pan Wysocki spojrzał jej prosto w oczy:
– Nie obchodzi mnie to. Liczy się tylko to, że moje dzieci znów się śmieją.
Od tamtej pory dom Wysockich zmienił się nie do poznania: śmiech chłopców rozbrzmiewał w każdym kącie; pan Wysocki coraz częściej wychodził z nimi do ogrodu; nawet pani Danuta zaczęła przynosić im domowe ciasta.
Czasem wieczorami siadam sama w ogrodzie i myślę o tym wszystkim co przeszliśmy razem:
Czy naprawdę trzeba widzieć oczami, by zobaczyć świat? Czy może najważniejsze rzeczy dostrzega się tylko sercem?
A wy… co myślicie? Czy można nauczyć się widzieć świat inaczej niż wszyscy?