Uciekłam z domu, bo nie chciałam być niewidzialna: Moja walka o siebie w cieniu chorego brata
Mama wrzasnęła na mnie tak głośno, że aż sąsiedzi zatrzymali się na klatce schodowej. „Natalia! Ile razy mam ci powtarzać, że musisz pomóc przy Szymonie?! On nie może sam jeść, a ty siedzisz z nosem w książkach! Co z ciebie za siostra?” Stałam w kuchni, ściskając kubek herbaty tak mocno, że aż bolały mnie palce. Szymon, mój młodszy brat, miał porażenie mózgowe. Od urodzenia wymagał opieki – karmienia, przewijania, rehabilitacji. Mama była wykończona, a ja… Ja byłam niewidzialna.
Tego dnia po szkole nie wróciłam od razu do domu. Zamiast tego poszłam do parku na osiedlu, usiadłam na ławce i patrzyłam na dzieci bawiące się na placu zabaw. W kieszeni miałam telefon, który co chwilę wibrował – wiadomości od mamy: „Gdzie jesteś?”, „Szymon płacze!”, „Nie licz na kieszonkowe!” Przez chwilę miałam ochotę rzucić telefon w krzaki. Ale nie zrobiłam tego. Zamiast tego podjęłam decyzję – dziś wieczorem spakuję się i odejdę.
Nie była to decyzja podjęta w jednej chwili. Odkąd pamiętam, byłam tą „drugą”. Tata odszedł, gdy Szymon miał dwa lata. Nie wytrzymał presji, ciągłych wizyt u lekarzy, braku snu i pieniędzy. Mama została sama z dwójką dzieci – jednym wymagającym całodobowej opieki i mną, która musiała być „dzielna”. W podstawówce jeszcze próbowałam walczyć o uwagę – rysowałam laurki, przynosiłam dobre oceny. Ale mama zawsze była zmęczona. „Dobrze, Natalka, ale teraz muszę nakarmić Szymka.”
Z czasem nauczyłam się nie przeszkadzać. Sama odrabiałam lekcje, gotowałam sobie obiady, sprzątałam pokój. W gimnazjum zaczęłam pomagać przy bracie – przewijać go, karmić, masować ręce i nogi zgodnie z zaleceniami rehabilitantki. Mama była wdzięczna… przez chwilę. Potem to stało się oczywiste: „Natalia, podaj pieluchy”, „Natalia, idź po leki”, „Natalia, nie możesz iść na urodziny do Oli, bo Szymon ma gorączkę”.
W liceum czułam się jak cień. Koleżanki rozmawiały o imprezach, chłopakach i planach na studia. Ja wiedziałam tylko tyle: nie mogę zostawić mamy samej. Ale im bliżej matury, tym bardziej czułam się jak w pułapce. Pewnego dnia usłyszałam rozmowę mamy z ciotką przez telefon:
– Nie wiem już, co robić z Natalią – mówiła mama szeptem. – Tylko by się uczyła i uczyła! A kto mi pomoże przy Szymonie? Ona chyba nie rozumie, że rodzina jest najważniejsza.
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż paznokcie wbiły mi się w skórę. Czy naprawdę byłam taka samolubna?
W dzień matury mama nawet nie zapytała mnie, czy się stresuję. Rano rzuciła tylko:
– Zrób śniadanie Szymkowi zanim wyjdziesz.
Zrobiłam. Potem poszłam na egzamin z pustką w głowie. Po maturze wróciłam do domu i usłyszałam tylko:
– Dobrze ci poszło? Bo Szymon dziś miał atak i musiałam sama sobie radzić!
Wtedy coś we mnie pękło.
Wieczorem spakowałam plecak – kilka ubrań, kosmetyki, książkę i 700 złotych uzbierane z korepetycji udzielanych dzieciakom z osiedla. Napisałam mamie kartkę: „Muszę odejść. Przepraszam.”
Wyszłam po cichu o szóstej rano. Serce waliło mi jak młotem. Szłam przez puste ulice Poznania do dworca autobusowego. Kupiłam bilet do Wrocławia – daleko od domu, ale nie za granicę, bo bałam się nieznanego świata.
Pierwsze dni były koszmarem. Wynajęłam pokój u starszej pani za 400 zł miesięcznie i znalazłam pracę w piekarni na nocną zmianę. Spałam po kilka godzin dziennie i płakałam do poduszki. Mama dzwoniła codziennie – najpierw błagała o powrót:
– Natalia! Jak mogłaś mi to zrobić? Szymon pyta o ciebie! Nie dam rady sama!
Potem zaczęły się groźby:
– Jeśli nie wrócisz, zapomnij o rodzinie! Jesteś egoistką!
Nie odbierałam już telefonów.
Po miesiącu napisała mi ciocia:
– Twoja mama jest załamana. Szymon bardzo schudł. Wróć do domu.
Ale ja już nie mogłam wrócić. Zaczęłam studia zaoczne na pedagogice – zawsze chciałam pracować z dziećmi, ale zdrowymi dziećmi… takimi, które mają szansę na normalne życie.
W piekarni poznałam Anię – dziewczynę z podobną historią. Jej ojciec pił, matka całe życie pracowała na dwa etaty. Ania nauczyła mnie śmiać się z drobiazgów – wspólne kawy po pracy, spacery nad Odrą o świcie.
Po pół roku mama przestała dzwonić codziennie. Przysyłała tylko krótkie SMS-y:
– Szymon miał atak.
– Brakuje nam pieniędzy.
– Nie licz na spadek.
Czułam się winna za każdym razem, gdy widziałam dzieci bawiące się z rodzeństwem albo matki przytulające córki na przystanku tramwajowym.
Minęły dwa lata. Pracowałam już w przedszkolu jako pomoc nauczyciela i wynajmowałam kawalerkę na obrzeżach miasta razem z Anią i jej chłopakiem Pawłem. Zaczynało mi się układać – miałam własne pieniądze, planowałam studia magisterskie.
Ale przeszłość wracała jak bumerang.
Pewnego dnia dostałam wiadomość od mamy: „Szymon trafił do szpitala. Jeśli masz choć trochę serca, przyjedź.”
Pojechałam do Poznania z duszą na ramieniu.
W szpitalu zobaczyłam mamę – postarzałą o dziesięć lat, z siwymi włosami i podkrążonymi oczami. Szymon leżał blady jak ściana.
Mama spojrzała na mnie zimno:
– No proszę… Paniusia raczyła się pojawić.
– Mamo…
– Nie mów do mnie „mamo”. Zostawiłaś nas wtedy jak śmieci!
– Musiałam… Ja też jestem twoją córką!
– Ty nigdy nie byłaś córką! Byłaś problemem!
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Przepraszam… Ale ja też chciałam żyć…
– A ja chciałam mieć normalną rodzinę! Ale los wybrał inaczej!
Wyszłam ze szpitala roztrzęsiona. Przez całą drogę do Wrocławia płakałam w pociągu jak dziecko.
Od tamtej pory kontaktujemy się tylko sporadycznie – głównie przez ciocię albo krótkie wiadomości o stanie zdrowia Szymona.
Czasem budzę się w nocy zlana potem i pytam siebie: czy miałam prawo odejść? Czy egoizm to wybór siebie zamiast poświęcenia dla rodziny? Czy można kochać brata i jednocześnie chcieć dla siebie innego życia?
Dziś mam 25 lat i własne mieszkanie na kredyt we Wrocławiu. Pracuję jako nauczycielka w przedszkolu integracyjnym. Często patrzę na dzieciaki i myślę: czy gdybym została w domu, byłabym szczęśliwa? Czy mama kiedyś mi wybaczy? Czy ja sama sobie wybaczę?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy można być dobrą córką i jednocześnie zadbać o siebie?