Między młotem a kowadłem: Ile jeszcze mogę poświęcić dla rodziny?

— Znowu nie zapłaciłaś rachunku za prąd? — głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałem nad zlewem, gorąca woda parowała mi w twarz, a tłuste talerze ślizgały się w dłoniach. Za oknem lało jak z cebra, a ja czułem, że zaraz się uduszę.

— Mamo, mówiłem ci już, żebyś dała mi znać wcześniej — odpowiedziałem zmęczonym głosem. — Nie mogę ciągle wszystkiego ogarniać na ostatnią chwilę.

— Ale kto ma to zrobić, jak nie ty? — wtrąciła się moja młodsza siostra, Kasia, która właśnie weszła do kuchni z telefonem przy uchu. — Ja mam egzaminy, mama ledwo chodzi po tej operacji…

Zacisnąłem zęby. W głowie miałem obraz mojej żony, Magdy, która pewnie siedzi teraz sama w salonie i próbuje uspokoić naszego synka, bo znowu nie zdążyłem przeczytać mu bajki na dobranoc. Ostatnio coraz częściej łapałem się na tym, że jestem tu tylko ciałem. Myślami byłem gdzie indziej — w pracy, u mamy, u siostry. Wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinienem.

— Tomek, ty zawsze wszystko załatwiasz — mama spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem pełnym wyrzutu i oczekiwania. — Bez ciebie byśmy sobie nie poradziły.

— A ja? — wybuchnąłem nagle. — Kto mi pomoże? Kto mnie zapyta, czy daję radę?

Na chwilę zapadła cisza. Kasia odwróciła wzrok, mama zaczęła nerwowo wycierać ręce w fartuch. Poczułem się winny, choć przecież to nie ja zawaliłem rachunki ani nie wymyśliłem tej całej sytuacji.

Od lat byłem tym, który wszystko spinał. Po śmierci taty to ja przejąłem rolę głowy rodziny. Mama nigdy nie nauczyła się samodzielności — zawsze była zależna od kogoś: najpierw od dziadków, potem od taty, teraz ode mnie. Kasia niby dorosła, ale wciąż zachowuje się jak dziecko. Każdy jej problem staje się moim problemem.

Pamiętam dzień, kiedy Magda powiedziała mi: „Tomek, musisz postawić granicę. My też jesteśmy twoją rodziną.” Wtedy tylko wzruszyłem ramionami. Przecież to oczywiste — rodzina jest najważniejsza. Ale czy na pewno?

Ostatnie miesiące były koszmarem. Mama po operacji biodra wymagała opieki niemal 24 godziny na dobę. Kasia rzuciła studia i wróciła do domu rodzinnego „na chwilę”, która trwa już trzeci rok. Ja jeździłem między pracą a ich mieszkaniem na Pradze i własnym domem na Białołęce. Magda coraz częściej patrzyła na mnie z wyrzutem.

— Tomek, syn znowu pytał, kiedy pojedziemy razem na rower — powiedziała mi wczoraj wieczorem. — Obiecałeś mu już trzy razy.

Nie miałem siły tłumaczyć się po raz kolejny. Zawsze coś wypadało: mama potrzebowała zakupów, Kasia miała kryzys egzystencjalny albo trzeba było załatwić sprawy urzędowe.

Dziś jednak coś we mnie pękło. Może to ta ulewa za oknem, może zmęczenie materiału. Może świadomość, że jeśli teraz nie postawię granicy, stracę wszystko — żonę, syna i samego siebie.

— Mamo — powiedziałem cicho, ale stanowczo. — Nie mogę być wszędzie naraz. Musisz zacząć radzić sobie sama. Kasia też.

Mama spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

— Jak możesz tak mówić? Przecież jesteśmy rodziną!

— Właśnie dlatego muszę to powiedzieć — odpowiedziałem. — Jeśli dalej będę robił wszystko za was, nigdy nie nauczycie się samodzielności. A ja… ja już nie daję rady.

Kasia zaczęła płakać.

— Ty zawsze byłeś tym silnym…

— Już nie jestem — przerwałem jej łamiącym się głosem.

Wyszedłem z kuchni i zamknąłem za sobą drzwi. W przedpokoju usiadłem na schodach i przez chwilę po prostu oddychałem. Czułem się winny i wolny jednocześnie. Bałem się tego uczucia.

Wieczorem usiadłem obok Magdy na kanapie.

— Przepraszam — powiedziałem cicho.

Objęła mnie bez słowa. W jej ramionach poczułem spokój, jakiego dawno nie znałem.

Nie wiem, co będzie dalej. Czy mama i Kasia poradzą sobie beze mnie? Czy ja wytrzymam ten ciężar winy? Ale wiem jedno: jeśli nie zadbam o siebie i swoją rodzinę tu i teraz, za chwilę nie będzie już czego ratować.

Czy naprawdę musimy wybierać między lojalnością wobec bliskich a własnym szczęściem? Gdzie kończy się pomoc, a zaczyna samounicestwienie?