Słowa, które bolą najbardziej: Historia Barbary Nowak
– Mamo, może nie powinnaś mieć trojga dzieci… – te słowa Marka, mojego najstarszego syna, rozbrzmiewają mi w głowie już trzeci dzień. Siedzieliśmy wtedy w mojej kuchni, przy stole, na którym jeszcze parowała herbata. Był wieczór, za oknem padał deszcz, a ja czułam, jakby cały świat się zatrzymał.
Nie spodziewałam się tego. Marek zawsze był moją dumą – pierwszy syn, ten, który miał być wsparciem dla młodszego rodzeństwa. Zawsze powtarzałam sobie, że wychowałam go na dobrego człowieka. Ale kiedy spojrzał na mnie tym chłodnym wzrokiem i wypowiedział te słowa, poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.
– Co masz na myśli? – zapytałam cicho, bojąc się odpowiedzi.
Marek westchnął ciężko. – Mamo, ja wiem, że robiłaś wszystko najlepiej jak umiałaś. Ale… czasem mam wrażenie, że nasza rodzina to był jeden wielki chaos. Zawsze brakowało pieniędzy, zawsze ktoś płakał, zawsze ktoś był niezadowolony. Może gdybyś miała tylko mnie i Kasię, byłoby łatwiej? Może nie musiałabyś tyle pracować i byłabyś szczęśliwsza?
Poczułam łzy pod powiekami. Przypomniałam sobie te wszystkie lata: nocne zmiany w szpitalu, kiedy byłam pielęgniarką; powroty do domu o świcie; dzieci śpiące razem w jednym łóżku, bo nie było nas stać na osobne pokoje. Pamiętam, jak Piotrek – najmłodszy – płakał w nocy z powodu bólu brzucha, a ja nie miałam już siły go przytulić. Pamiętam też Marka, który zawsze był taki poważny i odpowiedzialny – czasem aż za bardzo.
– Marek… – zaczęłam, ale przerwał mi gestem ręki.
– Mamo, nie chcę cię ranić. Po prostu… czasem czuję się tak, jakbym całe dzieciństwo musiał być dorosły. Musiałem opiekować się Piotrkiem i Kasią, kiedy ty byłaś w pracy albo kiedy tata znowu znikał na kilka dni. Wiem, że nie miałaś wyboru. Ale ja też nie miałem.
Zamilkliśmy oboje. Słychać było tylko tykanie zegara i szum deszczu za oknem. Wtedy przypomniałam sobie tamten dzień sprzed lat – dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży z Piotrkiem. Byliśmy wtedy z mężem na skraju rozwodu. On pił coraz więcej, ja pracowałam coraz dłużej. Kiedy powiedziałam mu o ciąży, spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Po co nam kolejne dziecko? Nie widzisz, że już sobie nie radzimy? – krzyczał wtedy.
Ale ja nie potrafiłam inaczej. Wychowałam się w wielodzietnej rodzinie i zawsze marzyłam o tym, żeby moje dzieci miały siebie nawzajem. Myślałam, że dam radę…
Marek siedział naprzeciwko mnie i patrzył gdzieś w bok.
– Wiesz… czasem zazdroszczę ludziom z małych rodzin – powiedział nagle. – Mają więcej spokoju. Więcej uwagi od rodziców. Ja zawsze musiałem dzielić się wszystkim: zabawkami, ubraniami, twoją miłością…
Zrobiło mi się przykro. Przecież starałam się kochać ich wszystkich tak samo mocno! Ale może rzeczywiście nie zauważyłam, jak bardzo Marek musiał być dorosły za wcześnie?
Wtedy do kuchni weszła Kasia – moja córka. Miała na sobie szlafrok i zmierzyła nas wzrokiem.
– O co się kłócicie? – zapytała z lekkim uśmiechem.
– Nie kłócimy się – odpowiedziałam szybko. – Po prostu rozmawiamy.
Kasia usiadła obok mnie i złapała mnie za rękę.
– Mamo… ja wiem, że nie było łatwo. Ale dzięki temu jesteśmy tacy silni. Gdyby nie Marek i Piotrek, nie wiem, czy dałabym sobie radę w życiu.
Marek spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Ty naprawdę tak myślisz?
– Tak – odpowiedziała stanowczo Kasia. – Może nie mieliśmy wszystkiego, ale mieliśmy siebie.
Poczułam ulgę i wdzięczność do córki za te słowa. Ale wiedziałam też, że Marek ma prawo do swoich uczuć.
Następnego dnia zadzwonił do mnie Piotrek. Mieszka teraz we Wrocławiu i rzadko się widujemy.
– Mamo… Marek do mnie dzwonił – powiedział cicho. – Wiem, że był u ciebie wczoraj. Przepraszam za niego… On zawsze wszystko bierze do siebie.
– Nie przepraszaj za brata – odpowiedziałam łagodnie. – Każdy z was ma prawo czuć to, co czuje.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym wszystkim: o swoich błędach jako matka, o decyzjach podejmowanych w pośpiechu i zmęczeniu, o marzeniach sprzed lat i o rzeczywistości, która okazała się dużo trudniejsza niż sądziłam.
Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była mieć mniej dzieci? A może po prostu życie jest takie – pełne kompromisów i niedoskonałości?
Kilka dni później Marek przyszedł do mnie jeszcze raz.
– Mamo… przepraszam za tamte słowa – powiedział cicho. – Nie chciałem cię zranić. Po prostu czasem czuję się zmęczony tym wszystkim…
Przytuliłam go mocno.
– Wiem synku. Ja też czasem czuję się zmęczona… Ale mimo wszystko nie żałuję ani jednego dnia z wami.
Marek uśmiechnął się smutno.
– Może kiedyś to zrozumiem…
Patrzyłam na niego i zastanawiałam się: czy kiedykolwiek uda nam się naprawdę porozmawiać bez żalu? Czy można naprawić relacje po tylu latach niedopowiedzeń?
Czasem myślę: czy każda matka musi usłyszeć takie słowa od swojego dziecka? Czy to znak naszych czasów? A może po prostu rodzina to miejsce, gdzie rany goją się najdłużej?